Artur
był jak każdy
inny kornik. Posiadał tyle łapek, co inne, miał takie pragnienia
jak inne korniki, a nawet jego największa broń – zęby – niczym
nie różniły się o tych, które od pokoleń i przez
pokolenia były przekazywane w genach. Jak każdy kornik uwielbiał
stoły, krzesła, podłogi, boazerię i wszystko co nadawało się do
jedzenia. Im starszy mebel – tym smaczniejszy. Od czasu do czasu
jednak – dla zdrowia – należało wrzucić na ząb coś świeżego.
Coś, czego komórki jeszcze produkowały soki życiowe drzewa,
które dla utrzymania zdrowia zębów są niezbędne. Dni
Artura były przesiąknięte monotonią, z tym tylko że ta monotonia
była przepiękna. Arturowi żyło się jak w raju. Ludzie z jakimi
przyszło mu żyć byli jakby idealnymi dla kornika. Mieszkanie było
często wietrzone, w zimie nigdy nie było zbyt zimno ani tez za
ciepło, a w salonie przechowywany był mebel od pokoleń
przekazywany w tej rodzinie. Za każdym razem, kiedy Artur czegoś
zapragnął, jakby na zaklęcie dobrzy ludzie to sprowadzali do
swojego mieszkania. Tak było z bukowym łóżeczkiem, olchowym
pajacykiem, czy całkiem nowymi dębowymi drzwiami. Arturowi nie
brakowało niczego (no może z wyjątkiem pamiętanych przez niego z
dzieciństwa świąt, kiedy to do domu przynoszono prawdziwą, świeżą
choinkę – dziś już zastąpioną zwykłym plastikiem, który
wydawał się być dla Artura zupełnie bezużyteczny). Ostatni
miesiąc minął Arturowi jak każdy – najedzony, zrealizowany,
uśmiechnięty. A jednak poczuł, że dopada go coś, co nie
pozwalało spać w nocy, a dzień zaczynało zmieniać w koszmar
odmawiania sobie tego co najlepsze i najtwardsze. Tym co go dopadało
była próchnica. Potrzebował natychmiastowego zanurzenia
swoich zębów w soczystej, zielonej skórce młodziutkiej
gałązki z niestarego drzewa. Ale – jak to bywa w dobrych bajkach
– i tym razem dobrzy ludzie przyszli mu z pomocą. Człowiek, dla
którego sprowadzono bukowe łóżeczko i który
wciąż bawił się olchowym pajacykiem przyniósł pewnego
pięknego popołudnia do swojego domu zwykły kij. To był jeden z
najpiękniejszych kijów, jakie Artur widział w swoim życiu.
Kiedy zapadła noc Artur podkradł się do kija i dobrze go obejrzał.
To była wierzba – idealnie. Z radości zaczął tańczyć na kiju,
a kiedy już niemal padał ze zmęczenia i radości, pocałował kij
i już miał go ugryźć, już chciał wbić swoje pragnące zdrowia
ząbki w świeże zielone okrycie równie świeżego smakołyku,
kiedy przypomniał sobie świętą zasadę korników. Korniki
bowiem byłyby nic nie wartymi pasożytami, gdyby jadły jak im sie
podoba i co im się podoba. Artur dobrze wiedział, że nie może
zacząć jedzenia w przypadkowo wybranym miejscu. Święta zasada
nakazywała rozpoczynanie jedzenia od
p o c z ą t k u.
Artur ucieszył się, gdy sobie uświadomił, że nie jest jakimś
tam zdeprawowanym kornikiem bez zasad. Z dumą kornika z zasadami
poszedł ku początkowi kija. Zdumiał sie jednak niemało, gdy
obrana strona kija okazała się być końcem. Prawdziwy kornik z
zasadami nie poddaje się łatwo. Artur ruszył ku przeciwległej
stronie kija. Coś co jest trudniej zdobyć zawsze wydaje się nam
cenniejsze. Im dłużej kornik szedł, tym bardziej wzmagał się
jego apetyt. Doszedł wreszcie. Miejsce przeciwległe końcowi jednak
okazało się być drugim końcem.
- No tak! – przypomniał
sobie Artur – Przecież nawet dziecko wie, że każdy szanujący
się kij ma dwa końce.
Ucieszył się po raz
kolejny, tym razem ze swej spostrzegawczości i ruszył w stronę
przeciwległej strony kija – ku początkowi, gdyż (co również
wie nawet dziecko) początek zawsze jest przeciwległy do końca.
Takie są zasady rządzące tym światem. Radość z podwójnego
odkrycia dodała mu sił, aby biec. Szybko więc znalazł się po
przeciwległej stronie i jego oczom ukazał się nieobcy już widok.
- Ten kij złamał zasadę
– pomyślał. - na to tylko jedna rada!
Artur zrozumiał, że nie
można zachowywać praw w miejscu, które samo się ich
pozbawiło i rozpoczął jedzenie kija od
k o ń c a.
Chwytał go zębami i rozrywał na wszystkie strony brutalnie
zaspokajając swoje pragnienie.
Od tamtej pory
życie
Artura zmieniło się zupełnie. Już nie był szczęśliwy jak
kiedyś. Teraz ukrywał się przed wzrokiem innych. Aby zaspokoić
swój głód wychodził tylko nocami – kiedy inni
spali. Wstydził się przed innymi. Bardziej jednak wstydził się
przed samym sobą. Od tamtego wydarzenia był bowiem zdeprawowanym
kornikiem bez zasad, którym nigdy nie chciał być. Ten jeden
raz jego pragnienia zwyciężyły nad zasadami i zupełnie zmieniły
jego życie.