PRAGNIENIE
(18+19.01.2005)
Czy można dokonać właściwego wyboru nie wypróbowawszy wcześniej
wszystkich możliwych wariantów? Jeśli nam się uda, to nigdy nie
będziemy tego pewni...
Byłem pewnego popołudnia na górze, którą zwano w jakiś dziwny sposób na
pamiątkę tego, że kogoś ważnego na niej pochowano. Było ciemno.
Wyjątkowo ciemno jak na tę porę dnia. Dokonywano na owej górze
egzekucji, bo jakiś człowiek powiedział coś w co mu nie uwierzono. To
co powiedział było dla wszystkich oczywistym kłamstwem, lecz nikt nie
próbował nawet sprawdzić czy jest możliwość, że słowa które mówił są
prawdą. Ukrzyżowano go. Patrzyłem na niego i na ludzi ukrzyżowanych
obok. nad jego głową napisane było: “Jezus Nazarejczyk – król
żydowski”. Kiedy to przeczytałem natychmiast zyskał mój szacunek. Król.
który pozwolił aby go zabito za zbrodnię. Żaden król nie chciałby
ponosić odpowiedzialności za to co uczynił. Wysłałby swoją służbę aby
go uwolniła, w ogóle nie dopuściłby do tego, aby go pojmano, mógłby
nawet zabić swoich wrogów, dla ocalenia własnego życia. A ten? Król –
złoczyńca oddający się sprawiedliwości. Byłem ogromnie ciekawy co on
takiego zrobił, że musi ponieść śmierć. Zapytałem kobietę stojącą obok
– ciemnowłosą, młodą, w której oczach widać było, że zostałaby jego
żoną, gdyby nie jego śmierć. Odpowiedziała, że nie zrobił nic złego.
Jeżeli nie zrobił nic złego to dlaczego ponosi karę?
Zapytałem inną kobietę – jego matkę. Odpowiedziała, że nie zrozumiem.
nie rozumiałem dlaczego miałbym nie zrozumieć. Czekałem zamyślony. Po
jakimś czasie ludzie zaczynali sie rozchodzić. Zostało tylko kilku
żołnierzy i te dwie niewiasty. On powiedział, że jest spragniony. Kiedy
to mówił patrzył na mnie. Żołnierz podał mu jakieś świństwo na gąbce.
Nie chciał pić. Obok mnie płynął strumień. Wziąłem dzbanek, napełniłem
i ruszyłem w jego stronę. Nie zrobił nic – myślałem – więc dlaczego
wisi? Byłem już blisko, uniosłem dzbanek i wtedy zobaczyłem, że nikt
nie patrzy. Odłożyłem dzbanek i zacząłem wyciągać gwoździe z jego rąk.
Nie wyciągaj – mówił. Wyciągnąłem. potem z jego nóg.
Zostaw mnie! - krzyczał. Wyciągnąłem.
Nic nie rozumiesz – powiedziała jego matka. Nie rozumiałem.
Muszę umrzeć – powiedział – bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
A za co umierasz?
Za Ciebie – odpowiedział.
Za mnie? - zdziwiłem się – a niby co ja zrobiłem?
Grzeszyłeś.
A co ty możesz o mnie wiedzieć? Nie znasz mnie! Nie możesz za mnie
umrzeć!
Wtedy ściągnąłem go z krzyża i położyłem na ziemi. Ziemia była
wilgotna, a w dodatku padał deszcz, niczym łzy – rzadki lecz gruby.
Położyłem jego głowę i wtedy zobaczyłem jego wzrok – delikatny,
przejmujący, taki jak wzrok ojca, kiedy patrzy na swojego syna, w
momencie, kiedy próbuje mu coś wyjaśnić. Wtedy zwrócił się do mnie:
Kocham Cię jak syna, dlatego pozwolę Ci doświadczyć jak jest tak
naprawdę być kochanym i naprawdę kochać.
Wtedy moje serce przepełnione zostało ciepłem, a z góry spłynęła na
mnie światłość. Po chwili zacząłem krwawić. Najpierw dostałem ran na
nadgarstkach, potem na stopach i głowie...
nie wiem nawet kiedy znalazłem się na krzyżu. Obok krzyża stała moja
matka, obok niej moi przyjaciele. Odczułem ogromne pragnienie.
Pragnę – powiedziałem, więc ktoś podał mi octu na gąbce. nie chciałem
pić.
Po chwili jakiś człowiek szedł w moim kierunku z dzbankiem pełnym wody.
bardo cierpiałem. Pomyślałem, że chętnie zamieniłbym sie z tym
człowiekiem. Człowiek ten podszedł do mnie i podał mi do ust dzbanek z
wodą. Napiłem się więc i ugasiłem swoje pragnienie.
...Kiedyś z pewnością myślenie
będzie o wiele
łatwiejsze,
a myślało będzie
się
szybciej...