OSTATNI LIŚĆ PRZYJACIELA
(30.10.2004)
Tę
herezję powrotem natchnioną
- Beacie dedykuję
Miłość,
radość, zabawa, ciepło, rodzina, mama, tata, dom, podwórko,
sąsiedzi, nie całkiem daleko, lecz już poza miastem, w pobliżu
strumyka, wśród trawy wyjątkowo zielonej jak na jesień, w młodym
wieku, w pięknym dzieciństwie, z psotami, niewinnie, wesoło, uprzejmie,
nawet kolorowo, trochę jednak już pożółkło i zbrązowiało od
zeschłych liści, z lekkim wiatrem niosącym te liście, z szumem, w
szumie, słuchając szumu, w półmroku, kołysząc cieniem pali się
znicz pod drzewem rozłożystym, już prawie bez liści, wielkim, potężnym,
silnym, choć już nie młodym, spokojnym, czekającym na wiosnę. Pali się
znicz płomieniem pamięci, trochę egoistycznym, źle zrozumianym,
płomieniem miłości i jednocześnie nienawiści, płomieniem wiary i
strachu, łez, uśmiechu, tęsknoty, oświetlając na swój
sposób subiektywny pień z popękaną korą, trochę zmęczony, lecz
zaciekawiony, znudzony już, lecz rozbudzony na nowo jak całe drzewo,
które żyje i kto wie, może zastanawia się, dlaczego to właśnie
na jednej z jego gałęzi jest rana uczyniona narzędziem ostrym,
którym to przecięty był sznur. Jeszcze kilka dni temu wesoła,
roześmiana, dziś już pochowana, młoda - to było dziecko, nie znała
strachu, bólu, cierpienia, lubiła wodę i mało wyczuwalny zapach
stokrotek, wyobraźnia jej natomiast musiała tak naprawdę należeć do
kogoś zupełnie innego. Przychodziła tu aby zwierzyć się drzewu, drzewo
zawsze słuchało, nigdy nie przerywało, było ciepłe, spokojne, trochę
troskliwe, wyrozumiałe, lecz nie mogło służyć radą. Przyjmowało
wszystko na poważnie, a jego milczenie potwierdzało słuszność
wszystkiego o czym dziewczynka mówiła za życia. Miała długie
ciemne włosy, zawsze potargane, jakby nigdy nie miała czasu ich spiąć,
uczesać, zapleść. Siadała zawsze na gałęzi, mając ją pomiędzy nogami
przytulała się do pnia przystawiając do niego ucho, czasami płakała,
zdarzało jej się też chwalić lub dzielić radościami. Przychodziła
często, bo choć ona była przyjaciółką dla wielu, za prawdziwego
przyjaciela uważała tylko drzewo, bo do tej pory nigdy jej nie
zdradziło. Drzewo obejmowało ją zawsze wtedy, kiedy ona obejmowała
drzewo. Kiedyś będąc w tej komunii zatroszczyła się o drzewo:
- Odpowiedz mi. Tobie nie przeszkadzają ptaki, motyle, owady i wszystko
co po tobie chodzi?
Drzewo nie odpowiedziało nic.
- Zresztą nie odpowiadaj, bardzo lubię twoją tajemniczość, chociaż
czasem wydaje mi się, że nic mi nie mówisz, bo mi nie ufasz, ale
ja nigdy, nigdy, nigdy bym cię nie zdradziła. Wierzysz mi prawda?
Drzewo nie odpowiedziało nic.
- Nie zdradziłabym cię, bo cię kocham.
- Ja też cię kocham - odpowiedziało drzewo.
- Wiedziałam, że kiedyś coś powiesz, teraz jestem pewna, że jesteś
niezwykły. Jeśli chcesz, to pójdziemy do mnie, do domu, będziesz
rósł na moim podwórku, a ja dzień i noc będę mogła być
przy tobie, tylko się zgódź.
Drzewo nie odpowiedziało nic. Dziewczynka zeskoczyła z drzewa i zaczęła
je pchać.
- No rusz się, jeśli mnie naprawdę kochasz, to na pewno chcesz być
blisko mnie, tak jak ja chcę mieć ciebie przy sobie.
Drzewo nie
odpowiedziało nic. Dziewczynka się zdenerwowała, chciała ciągnąć
drzewo, chciała je pchać, wreszcie usiadła na trawie obok drzewa,
podparła brodę na zamkniętych pięściach i zaczęła się zastanawiać,
przez chwilę miała nawet wątpliwości, myślała, że się przesłyszała, ale
wróciła do domu, wzięła sznur i pobiegła z powrotem do drzewa.
- Poruszysz się jeśli mnie kochasz. Jeśli mnie kochasz nie pozwolisz mi
umrzeć, prawda?
Drzewo nie odpowiedziało nic. Dziewczynka wdrapała się na swoją gałąź,
przywiązała jeden koniec sznura do niej, a na drugim końcu zrobiła
pętlę, którą założyła sobie na głowę.
- Opuścisz swoją gałąź, prawda?
Zapytała z
nadzieją i skoczyła. Pętla zaciskała jej się na szyi.
- Nie mogę się ruszać - powiedziało drzewo. Dziewczynka poczuła się
samotna, niekochana, oszukana, zdradzona. W jej oczach gasło światełko,
jej serce stało się płynne jak woda i po chwili rozpłynęło się po całym
ciele. Drzewo puściło przedostatni liść jaki miało i czekało, aż ktoś
przyjdzie i odetnie ten ostatni, bliski mu najbardziej ze
wszystkich liści, lecz już zniszczony przez jesień, zeschły, taki
który musi spaść.
A teraz? Jasność, ciemność, nienawiść, miłość, siła, słabość,
żółć i biel, ta sama gałąź. Na niej chłopiec - „przyrodni brat"
- przyjaciel, przez nią oszukany, zdradzony, już niekochany, młody - to
jeszcze dziecko, jest przyjacielem wielu, lecz za prawdziwego
przyjaciela uważał tylko ją. Siedział na gałęzi i patrzył z góry
na płomień znicza. Jest szansa, że wróci do domu, bo zauważył,
że z gałęzi na której siedzi wyrastają gałązki wierzby, a drzewo
nie mówi już nic, więc stracił nadzieję, że mu ktoś pomoże. Byle
do wiosny, do stokrotek, do domu...
... bo być może jest człowiek, dla którego on jest jedynym
prawdziwym przyjacielem.