LUDZIE I ELFY

( 18.02.2002-20.05.2002
28.07.2002-11.08.2002)






( Cmolas 21 (Cmolas 26 LUDZIE l ELFY

KONIEC RASY


Będąc architektem ze sztuką i pięknymi budowlami spotykałem się na co dzień ale sztuka Hartesów i Elfów zawsze potrafiła mnie zaciekawić, czymś zafascynować. Tętniące życiem budowle stworzone przez elfy były przepełnione magią, której nikt nie był w stanie zrozumieć. Hartesowie z kolei budowali wieże na tyle skomplikowane, że baliśmy się do nich nawet zbliżać. Ludzie mogli by się wiele nauczyć wymieniając się doświadczeniem z inną rasą, ale stosunki z nimi nie były zbyt dobre.

Jestem Emanesturensus - człowiek, żyjący w mieście nazwanym przez naszych przodków wdzięczną nazwą Barkabunen, co w piśmie elfów oznacza coś zbliżonego do "Miasto Zdobywców". Moimi rodzicami są, a raczej byli Mostefuses i Niriana, Oboje zginęli w największym najeździe elfów ubiegłego roku. Teraz opiekuje się mną Jasner, daleko spokrewniony ze mną mędrzec. Opowiadał on kiedyś, o moim pochodzeniu, ponoć moja prababka była elfem. Możliwe, że to prawda, nigdy nie zabiłem elfa... coś mnie powstrzymuje. W starych księgach wyczytał także Jasner, że pochodzę z Korsanów - królewskiego rodu, który po straceniu władzy rozproszył się po całej ziemi i nie sięgną po w pełni zasłużoną władze już nigdy.

Wśród teraz żyjących ludzi nie ma konfliktów, wojen, czy nawet kłótni, ale o prawdziwego przyjaciela jest trudniej niż wgrać wojnę z hartesami. Według mnie wśród ludzi nie można w ogóle znaleźć przyjaciela za którego warto by było oddać życie. Nie miałem nigdy nikogo z kim mógł bym porozmawiać o wszystkim. Jasner pamięta czasy kiedy w Barkabunen w zgodzie żyły elfy i ludzie. Nikt nie pamięta już od czego zaczęła się sprzeczka między tymi rasami, ale nikt nie widzi też powodu dla którego miała by się zakończyć. Dla mnie to wszystko było zwykłym bratobójstwem i nie miało najmniejszego sensu, Jasner nauczył mnie walczyć i wykorzystywać przy tym maksymalną zręczność i w miarę bezpieczną magię służącą do obrony. Nigdy nie nauczył mnie wykorzystywać mocy do czynienia krzywdy komuś innemu, nie pytałem dlaczego... Mistrz był wiele razy skazywany za szpiegostwo, ale do żadnej zwiń się nie przyznawał. Było to jedyną rzeczą u Jasnera co do której miałem wątpliwości. Od ojca mego - Mostefusesa dostałem w dzieciństwie medalion. Podobno coś oznaczał. Jasner nie wyjawił mi jego treści mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Wyryte były na nim jakieś znaki. Nie były to znaki jakiegokolwiek z ludzkich języków. Oprócz medalionu z dzieciństwa pozostały mi wciąż urywkami powracające wspomnienia, przedstawiające małego elfa, chłopca lub dziewczynkę. Nie wierzyłem w nie, bo odkąd żyję - konflikt trwa i jakakolwiek znajomość z elfem była zabroniona. Wody zawsze było pod dostatkiem, Oprócz momentów kiedy zbliżał się najazd wroga, którym najczęściej były elfy. Nie wiem dlaczego temu wydarzeniu towarzyszyło zawsze to samo zjawisko, ale dzięki niemu ludzie mieli odrobinę czasu na przygotowanie się do walki.


Tak było i tym razem. Spokojnie wybierająca wodę kobieta zauważyła jej brak. Zawiadomiła jak to zazwyczaj się odbywa radę i rozległy się alarmowe dzwony. Do walki przystępowali wszyscy. Taki był obowiązek. Stałem obok Jasnera i trzymałem w ręku pikę wykonaną z walecznego metalu. Jej trzonek ozdobiony był symbolami bitewnymi mającymi przynosić szczęście w walce i chronić od potępienia po śmierci.

Widząc twarze ludzi stojących po moich obu stronach, czułem się samotny. W przeciwieństwie do nich - bałem się. Bałem się tego co się tu wydarzy bardziej niż tego, że mogę zginąć.

Rozległ się szum. Zaraz po nim zapanowała cisza i skupienie. Nasłuchiwaliśmy z której strony nadejdą. Nic nie wiedzieliśmy aż po usłyszeniu świstu zauważyliśmy, że stojący obok mnie człowiek został trafiony strzałą. W plecy. Odwróciliśmy się wszyscy po czym znowu zabito jednego z naszych. Znowu w plecy. Zrozumieliśmy że elfy są wszędzie wokół i już żadne wartości nie mają dla nich sensu. Coraz szybciej padały strzały. Wszyscy którzy mieli w rękach tarcze unieśli je nad głowy. Pozwoliło to po części uchronić się od ataku z drzew i powietrza. Elfy widząc, że ich przewaga maleje zaczęły atakować ziemią. Wbiegać w nas zaczęły ogromne masy uzbrojonej w różnego rodzaju dzidy piechoty. Nie mieli zbyt dużej przewagi liczebnej, więc padało po tyle samo trupów. Starałem trzymać się z dala od centrum walki unikając tylko ciosów. Jasner był bezustannie obok mnie. Zwarty szyk stojący przede mną zaczął się przerzedzać i pojedyncze elfy przedostawały się przez niego. Jasner używał magii do pokonywania elfów. Jeden po drugim kładły się martwe pod jego stopami. Jednak zdziwiło coś Jasnera. Idący w jego stronę elf był jakiś inny. Mistrz wystraszył się go i wycofał powoli w stronę miejskiej bramy. Elf ten szedł spokojnie za nim do Barkabunen, nie rozglądając się w rządną ze stron. Pobiegłem za nimi. W bramie elf zatrzymał się i rzucił swą laską w Jasnera. Wbiła się ona w mojego opiekuna, przelatując go na wylot. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułem prawdziwą nienawiść. Chwyciłem mocniej swoją pikę i wbiłem ją elfowi w plecy. Padł on na ziemię i już nie podniósł się. Podbiegłem do Jasnera. Umierał. Powtórzył tylko dwa razy "guzik..." i umarł. Zauważyłem, że walka się skończyła. Elfy w popłochu uciekały pozostawiając po sobie broń. Podniosłem się i podziwiałem radość jaka panowała wśród mieszkańców Barkabunen. Nie pokonali oni jeszcze nigdy w tak triumfalny sposób tak wielkich oddziałów wroga. Przysunąłem się bliżej zabitego przeze mnie elfa. Trzymał on zaciśnięty w dłoni guzik. Nie umarł do końca. Jego spiczaste uszy trzęsły się ostatnim tchnieniem życia. Oderwałem ten guzik i schowałem do sakwy. Miał chyba wielką wartość dla właściciela jeżeli ostatnią rzeczą jaką zrobił w życiu była próba ocalenia go przed nami.

Po każdej bitwie są ofiary. Po tej nie było inaczej. Straciłem następną bliską mi osobę. Pochowaliśmy ich i jakby na przekór wykonanej czynności zaczęto świętować. Ja w uroczystości udziału nie bratem. Wolałem samotność.


Kiedy wyczyściłem guzik, okazało się, że bardzo przypomina złoto. Ze zwykłego, matowego przerodził się w piękny, błyszczący. Nie chciałem tego rozumieć, po prostu nie miałem na to siły.

Na moim podwórku rosło wysokie drzewo z wieloma rozgałęzieniami. W dzieciństwie uwielbiałem na nim siedzieć. Wspiąłem się na niego i w sianie półsnu rozmyślałem. Przyśnił mi się elf. Była to kobieta o urodzie jaką spotykało się tylko u ludzi, a nawet piękniejsza. Mówiła coś o guziku, potem przestraszyła się czyjś kroków i uciekła mówiąc, że jeszcze po mnie wróci. Kiedy się obudziłem byłem wciąż na drzewie. Schodząc przydeptałem jakiegoś owada. Nie wzruszyło mnie to tym razem, byłem przejęty śmiercią Jasnera. Na drzewie przespałem całą noc. Chcąc zrobić sobie śniadanie przeszukałem całą spiżarnię. Same pustki. W poszukiwaniu pożywienia pobiegłem w stronę lasu. W lesie zawsze można znaleźć jagodę jakąś lub zwierza upolować, wiec broń była niezbędna. Idąc rozmyślałem nad sensem sensu i czy to rozmyślanie w ogóle ma sens. Sam nie wiem kiedy zapędziłem się aż na leśne tereny elfów. Wiedziałem, że nie jestem tu bezpieczny, wiec zawróciłem. Zauważyłem po chwili coś w moją stronę biegnącego. Bojąc się, że to elf zacząłem biec, Biegłem tak szybko, że przez nieuwagę potrąciłem drzewo głową. To ja okazałem się być bardziej poszkodowany. Straciłem przytomność. Nie pamiętam nic, aż obudziłem się gdzieś w jakimś wielkim drzewie, i nad sobą zobaczyłem elfa. Drgnąłem, ale powstrzymałem się od gwałtownych ruchów. Pomyślałem, że jeżeli nie zginąłem z jego rąk do tej poryto nie mam się już czego obawiać. Elf okazał się być tym samym, który przyśnił mi siew nocy. Była wysokim elfem o ciemnych włosach. Kogoś takiego się nie zapomina. Włożyła na moje czoło nasiąkniętą wodą lub czymś innym tkaninę. Zagadnęła mnie:

- Jesteś bardzo wytrzymały, że to przeżyłeś. Taki uroczy człowiek jak ty musi mieć

bardzo fajne imię.

- Kim jesteś? - zapylałem dziwiąc się, że elf może być tak miły dla człowieka.

- O nie! Straciłeś pamięć? - prześledziłem szybko szczegóły mojego dzieciństwa.

- Chyba nie.

- Jestem Piłka, Przyszłam do ciebie wczoraj wieczorem i obiecałam, że wrócę rankiem. Widocznie ty bardziej nie mogłeś się doczekać i wybiegłeś mi na spotkanie. Los zrządził, że uderzyłeś się w głowę więc przyniosłam cię do mojego domu. Nie powiedziałeś mi jak masz na imię.

- Wydaje mi się trochę dziwnie, że jako elf... bo ludzie i elfy nie żyją w zbyt wielkiej

zgodzie.

- Nie wierzysz w moją inteligencję? Kiedyś Wyrocznia przepowiedziała mi, że znajdę

kogoś kto zjednoczy ludzi i elfy w jeden wielki i kochający się lud. Pomyślałam, że

nie może być to elf bo elfie serca są zbyt zatwardziałe. Nie wiedziałam, że ten

którego szukam będzie tak uroczy.

- A skąd do głowy przyszło ci, że to właśnie ja?

- Zabrałeś guzik władzy mojego Ojca. Nie chciałeś, żeby trafił w ręce bezwzględnych

ludzi.

- Jak to twojego Ojca?

- Tak, taki Moim ojcem był elfi król.

- To ten którego zabito w bramie Barkabunen?

- Tak! Ale cóż? Każdy musi kiedyś odejść. Miałeś mi podać swoje imię. - Zmieszałem

się, wiedziałem że nie mogę wyjawić prawdy o śmierci elfiego króla.

- Mam na imię Emanesturensus, ale jeżeli sprawia ci to kłopoty mów mi Emanes.

- Więc Emanesie, zapraszam na śniadanie.

Zjedliśmy śniadanie, a potem Piłce przyszło do głowy, że chciałbym zwiedzić miasto. Nie wiedziałem co tak naprawdę chce zrobić, ale miałem nadzieję że ona wie.

Uspokoiłem się kiedy dała mi długi płaszcz z kapturem i sama też tak się ubrała. Brązowy kolor płaszcza pobudzał moje zmysły, w związku z czym zacząłem się rozglądać za wyjściem. Jaki wielkie było moje zdziwienie kiedy dowiedziałem się ,że na nim stoję. Piłka otworzyła właz i moim oczom ukazało się podziemne miasto elfów. Do tej pory byłem w wielkim błędzie myśląc, że architektura elfów jest niezwykła. Ona była arcy niezwykła. Przechodziliśmy schodek po schodku w dół, obserwując coraz większe przestrzenie tego miasta. Była to okropnie bardzo zaludniona elfia miejscowość, w związku z czym czułem się ogromnie zagrożony. Przepychaliśmy się przez ciemne uliczki trącając kogoś co chwilę. Zastanawiające było w jaki sposób elfy poradziły sobie z dostarczeniem światła pod ziemię. Wydrążone drzewa, rozcięte przy górnej części pozwalały na zauważanie zaledwie zarysów. Resztę robiły lampy na naftę oraz wielkie znicze rozmieszczone przy najważniejszych punktach miasta. Ze studni ustawionej w środkowej części miasta czerpały zarówno elfy jak drzewa. Stragany gdzie można byto cokolwiek kupić świeciły kusząco na różne kolory, a przy całkiem zaawansowanym przyciąganiu klientów nawet kolory te zmieniały się. Przy jednym z takich straganów Piłka zatrzymała się i poprosiła o jak najwięcej liści suszonego irranu. Sprzedawca spojrzał na nią i rozszerzył oczy,

- To ty? - zapytał szeptem. Piłka jeszcze bardziej go uciszyła i odpowiedziała:

- A czy aż tak bardzo się zmieniłam?

- Nie, tylko nie wierzę że jeszcze tu jesteś.

- Już znikam, tylko najpierw muszę zrobić trochę zapasów na drogę.

- Weź co chcesz i znikaj jak najszybciej, zanim zobaczy cię ktoś od Natuka.

- A co może mi Natuk zrobić, nie jest jeszcze królem, nie ma guzika.

- A ty masz? - Piłka zawahała się trochę po czym odpowiedziała:

- Nie.

Sprzedawca popatrzył z zaufaniem na Piłkę. Ona wzięła wszystko co było jej potrzebne i szukając pieniędzy dowiedziała się ze nie musi płacić. Wracaliśmy do drzewa Piłki. Widać było, że nie lubi kłamać i nawet to kłamstewko wzbudziło w niej wyrzuty sumienia. Idąc tak usłyszeliśmy najpierw jakieś krzyki, a potem alarm o szpiegu. W tym momencie mój strach wzrósł tak gwałtownie, że moje nogi same zaczęły uciekać. Piłka uniemożliwiła mi to chwytając mnie za rękę. Uciekający hartes został postrzelony po czym zabrano go do niewoli. Piłka popatrzyła na mnie i ostrzegła, żebym nawet w takich chwilach nie wykonywał gwałtownych ruchów. Po wejściu do domku Piłka spakowała najbardziej potrzebne rzeczy i wyszliśmy na powierzchnię. Zapytałem od razu o to co było tematem rozmowy z kupcem. Nie chciała o tym mówić i wyglądała jakby była bardzo obrażona. Na powierzchni - w lesie nie spotkaliśmy żadnego elfa. Zapytałem też o cel naszej podróży, odpowiedziała tylko, że idziemy do wyroczni aby zapytać co dalej zrobić. Szliśmy przez cały ranek, aż doszliśmy do odległego miasta elfów. To miasto było na powierzchni bo mieszkańcy jego czuli się bezpieczni. Osady ludzkiej nie było nigdzie w pobliżu. Miasto to wyglądem przypominało Barkabunen ale domy budowane były inaczej, moim zdaniem mniej stabilnie. Idąc przez miasto podziwiałem te budowle, a Piłka rozglądała się za swoimi znajomymi. Pierwszy jakiego spotkaliśmy był elfem zajmującym jakieś ważne stanowisko w mieście, był burmistrzem lub czymś w tym rodzaju. Przywitał on Piłkę i zapytał co u jej ojca. Piłka odpowiedziała, że jakoś się trzyma. Znowu skłamała. Nie wiem czy tak mi się wydaje, ale to kłamstwo znowu wzbudziło w niej wyrzuty sumienia. Następny był właścicielem gospody, był chyba bardziej zaufaną osobą. Piłka przedstawiła mnie mu i powiedziała, ze jestem człowiekiem. Oberżysta poprosił Piłkę aby uważała ze mną,, aby nikt się o mnie nie dowiedział. Zaproponował byśmy przenocowali u niego. Piłka zgodziła się, co mnie zdziwiło, bo do wieczora było jeszcze daleko. Popatrzyła ona na mnie i ze słodkim elfim uśmieszkiem poprosiła, żebym się nie obraził. Oddała mnie w ręce swojego przyjaciela a sama oddaliła się w stronę rynku. Oberżysta zamkną mnie w pokoju na samej górze gospody i zaproponował rozgoszczenie się. Tak zrobiłem. Pokoik wyglądał następująco; szafka na ubranie, półka na lampę, na niej lampa na oliwę, łóżko i dla odmiany hamak. Przesiedziałem tam w samotności i w rozmyślaniu dwie godziny próbując sobie bezskutecznie wszystko w myślach poukładać. Po południu przyszedł do mojego pokoju właściciel gospody z pudełkiem szachów. Powiedział, że zazwyczaj nie ma za co ludzi doceniać ale w szachy podobno dobrze grają, Miał rację, w szachy grałem bardzo dobrze. Ku mojemu zdziwieniu w tym elfie znalazłem równego sobie przeciwnika. Na cztery partie wygrałem dwie i jedna skończyła się remisem. Do tej pory myślałem, że ta gra zbliża ludzi, a teraz dowiedziałem się, że nie tylko ludzi. Potem oberżysta zaczął wypytywać mnie o cel podróży. Nie byłem pewien czy mogę mu powiedzieć, więc kazałem mu zapytać o to mojego przełożonego w tej podróży - Piłkę. Widząc, że niczego się ode mnie nie dowie oberżysta opuścił pokuj. Wieczorem przyszła Piłka. Zapukawszy weszła do mojego pokoju i przeprosiła, że nie było jej tak długo. Zapytała czy czegoś mi trzeba i wręczyła kubek ciepłej zupy. Widocznie szybko przyzwyczaiłem się do życia ełfiego, od rana nic nie jadłem i nie czułem głodu. Kiedy zrobiło się ciemno życzyła mi dobrej nocy i poleciła się wyspać aby już rano można było wyruszyć. Kiedy opuściła mój pokój ułożyłem się i zasnąłem.

Ranek był wyjątkowo słoneczny. Słoneczne promienie przedostawały się przez wszystkie strzeliny w ścianie. Obserwowałem je spokojnie, bo i one były spokojne. Zanim usłyszałem pukanie do drzwi, zdążyły przedostać się na odległość około siedmiu dwupalców. Do pokoju weszła Piłka, mówiąc że nie wie o jakiej porze wstaje się u nas ale dla elfów jest to idealny czas. Dała mi nowe elfie ubranie, zapłaciła właścicielowi gospody i wyszliśmy. Na zewnątrz czekały na nas dwa konie. Oba białe. Piłka wybrała pierwsza i ruszyliśmy dalej. Słońce wraz z tym jak zbliżało się ku zenitowi, przygrzewało coraz mocniej, a że my kierowaliśmy się na zachód, to grzało nam po plecach.

- Skąd masz na to wszystko pieniądze - zagadnąłem.

- Mój Ojciec był w końcu królem, a z czego znani są królowie?

- No tak, z ogromnej masy złota w pałacu, dużej służby, wielkiego majątku ziemskiego i tak dalej.

- Właśnie, mój Ojciec nie miał nic innego więc nadrabiał pieniędzmi.

- Co to za król bez pałacu?

- Elfi król, żaden z elfich królów nie miał pałacu, z tego co wiem, z tego co czytałam tak wnioskuję. W żadnej ze starożytnych ksiąg nie ma nawet wzmianki o jakimkolwiek pałacu czy fortecy.

- A jednak elfy i bez tego są potężne.

- Tak ci się tylko wydaje, potężny to może być król. Wszystkie elfy szły na te wojny z

takim samym strachem, jaki widać było w oczach waszych żołnierzy.

- Twój Ojciec nie miał litości nawet dla swoich podopiecznych?

- Ich najmniej mi żal. Gdyby chcieli postawili by się mu. ale pałali taką nienawiścią do

ludzi, że woleli sami zginąć niż dać żyć komuś z was.

- To się z sobą gryzie. Z jednej strony strach a z drugiej nienawiść?

- Wiem że to nie ma sensu. W ogóle te wszystkie wojny nie mają sensu. Za każdym razem, kiedy oddziały mojego Ojca ruszały do boju, ja tamowałam bieg wody aby dać wam ostrzeżenie.

- To ty? Te sygnały naprawdę pomagały nam się przygotować,

- Cieszy mnie to. Nie wiem dlaczego na tę bitwę wybrał się Ojciec. Zawsze zostawał w mieście albo obserwował postępy z dużych odległości. Teraz było inaczej. Chciał zemścić się na jakimś człowieku, który często nazywany był przez niego zdrajcą. był on szpiegiem mego Ojca a w rzeczywistości okazał się być podwójnym szpiegiem, który zdradził ludziom położenie naszego miasta. Wszyscy ludzie, którzy zbliżyli się do niego zostali zabici na miejscu, a ich ciała pozostawione zostały w lesie jako przestroga dla innych.

- Elfy są naprawdę okrutne, dlaczego ty jesteś inna?

- Nie jestem.

Odpowiedziała a potem odwróciła się i przez długi czas słyszałem tylko wiatr i tętent koni. Dopiero wtedy zauważyłem na koniu Piłki torbę pęczasto wypchaną. Mina Piłki wskazywała, że nie warto pytać o jej zawartość w tej chwili. Pytanie więc odłożyłem na później. Nie wiem czy to ten strój tak na mnie działał, ale mój organizm coraz bardziej przypominał organizm elfa. Nie odczuwałem głodu pomimo, że moim ostatnim posiłkiem była zupa, którą Pilka podała mi wczoraj wieczorem. Wszyscy ludzie jeść musieli co chwilę a elfy uznawały tylko kolację i to skąpą. Jasner opowiadał mi kiedyś, że do takiego stanu może doprowadzić tylko towarzystwo elfa lub miłość. W moim przypadku przyczyną mogło być i jedno i drugie.

Dojeżdżaliśmy już chyba do punktu następnego noclegu, bo słońce zachodziło a Piłka prowadziła konia coraz wolniej i nie pewniej.

- Poczekaj - powiedziała, zeskoczyła z konia i pobiegła.

Biegła tak kilkaset metrów i zawróciła, kiedy nie zeszła jeszcze z pola mojego wzroku. Przybiegła z powrotem i wskoczyła na konia.

- To tu. - powiedziała.

- Nie lepiej było pojechać tam na koniu?

- Nie ufam zwierzętom, zresztą niech sobie na chwilę choć odpocznie biedak. -

uśmiechnęła się do mnie i poczułem, że jej dobry humor powrócili trzymać będzie

się jej długo. Skorzystałem wiec z okazji i zapytałem:

- Co wieziesz w tych worach? Jeśli można wiedzieć.

- Oczywiście, że można. Są to suszone liście irranu.

- Po co ci tak wielkie ilości takiego zielska?

- A ty myślisz, że z czego była ta wczorajsza zupa?

Nie miałem zamiaru już o nic pytać. Przed nami była wielka przepaść. Za przepaścią miało znajdować miejsce naszego noclegu. Z naszej strony nie było nic takiego widać, ale zaufałem Piłce. Pomyślałem, że to może jakaś niespodzianka, czy coś. Elfy od zawsze miały zwariowane pomysły. Zatrzymaliśmy się na skraju urwiska. Piłka kazała mi uzbierać drewna, zrobiłem więc tak. Rozpaliła ognisko, zatknęła konstrukcję i ustawiła miniaturowy garnek z wodą wsypując do niego pokruszony irran.

- Wiec to tutaj jest nasz nocleg? - zapytałem.

- Nie, to nie koniec podróży na dzisiaj, ale nie spodziewaj się lepszych warunków

noclegowych.

- To na co czekamy?

- Na zachód słońca.

Nie zrozumiałem jej, ale miała być moją przyjaciółką, a przyjaźń buduje się na zaufaniu. Nie minęło zbyt dużo czasu po zjedzeniu zupy z irranu, a zaszło słońce. Teraz Piłka po zagaszeniu ogniska była w stanie pełnej gotowości. Siedzieliśmy na koniach i czekaliśmy. Nie wiem na co bo nie powiedziała mi. Wreszcie Piłka popatrzyła w górę i krzyknęła – Teraz! - Ruszyła galopem w stronę przepaści. Nie miałem już nic do stracenia, wiec ruszyłem za nią. Zacząłem się wahać ( podobnie jak i mój koń ) kiedy ziemia na serio się kończyła i pozostała przed nami tylko przepaść. Piłka jednak się nie zatrzymywała. Wjechała w przepaść, nie tonąc w niej jednak. Wciąż jechałem za nią. Okazało się, że pod nami utworzył się most kamienny. Byliśmy już w środku, kiedy zacząłem zastanawiać się, czemu tak pędzimy. Oglądając się za siebie zrozumiałem. Most znikał równie szybko jak i się pojawiał. Próbowałem zmusić konia do szybszego biegu, ale chyba szybciej już się nie dało. Koń Piłki był chyba szybszy od tego na którym ja jechałem, bo wyminęła mnie o dobry kawałek drogi. Kiedy była już na drugim brzegu mój koń potkną się o wystający kamień. Upadła ja wraz z nim. Próbowałem go podnieść, ale nie było już czasu. Most znikał w zawrotnym tempie. Musiałem biec. Uciekałem ile tylko miałem w nogach sił. Znikanie mostu było jednak szybsze. Doganiał mnie. Kiedy miałem jeszcze odległość zbliżoną do podwójnej długości mojego ciała, moim jedynym wyjściem było zareagować na - Skacz! - wypowiedziane przez Piłkę. Złapałem się brzegu urwiska. Piłka zeskoczyła z konia i podała mi dłoń. Jakże była ona pomocna w tym momencie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w oku towarzyszącego mi elfa łzę. Piłka mrugnięciem oka szybko zrzuciła ją na swój policzek a potem otarła mając nadzieję, że nie widziałem. Objąłem ją, ona jednak przycisnęła mnie mocniej do siebie i w takiej pozycji ustaliliśmy, ze najlepszym schronieniem na noc będzie tego schronienia brak. Mięliśmy spać pod gołym niebem. Znowu rozpaliliśmy ogień. Piłka przywiązała jedynego konia jaki nam pozostał do drzewa i zdjęła z niego torby z irranem. Przygotowała sobie posłanie z derki i własnych ubrań. Chwyciła mnie za rękę i podprowadziła do urwiska. Noc była ciepła i bezchmurna, widać było wszystkie gwiazdy. Piłka wskazała ręką na niebo.

- To nieprawda, że gwiazdy to symbole naszych przodków, którzy już odeszli.

Nieprawdą jest również, że każda gwiazda jest patronem kogoś z elfów czy ludzi.

Gwiazdy to patroni zwierząt.

Piłka wskazała część nieba, w której po chwili widać było spadającą gwiazdę.

- To była gwiazda twojego konia.

Puściła moją rękę, powoli odeszła w stronę ogniska, podłożyła drewna i położyła się na wcześniej przygotowanym posłaniu. Patrzyłem jeszcze przez chwilę, aż gwiazda całkiem wygasła. Nie wiedziałem co mam teraz robić, czuwać aż Piłka się obudzi, czy podobnie jak ona iść spać. Zostałem przy obu. Miałem bardzo delikatny sen. Obudziłem się kiedy usłyszałem jakieś szmery. Ktoś lub coś grzebało w ekwipunku Piłki. Skradłem się do niej żeby ją obudzić, ale robiłem to zbyt głośno. Złodziej zabrał torbę Piłki i uciekł. Moja przyjaciółka zerwała się natychmiast i rozpoczęła pościg za tymże osobnikiem. Biegłem za nimi. Z daleka widziałem jak Piłka dogania złoczyńcę i odbiera mu torbę, a potem i przyprowadza go do naszego obozu. Okazał się być elfem, który starał się nas okraść z powodu głodu jaki go męczył. Opowiadał, że od kiedy hartesowie napadli ich osadę i zrównali ją z ziemią, tylko w taki sposób można coś zjeść. Widać było, że Piłka wierzyła mu. Elf ten wyglądał na równego Piłce wiekiem, miał jeszcze jaśniejsze od niej włosy i wydawał się mówić prawdę. Piłka zaproponowała, żeby został z nami na noc a rankiem mięliśmy iść z nim do osady, albo raczej do tego co z tej osady zostało. Rankiem jednak, kiedy obudziliśmy się nieznajomego elfa już nie było. Toreb z irranem również. Piłka jednak się tym nie przejmowała, tylko odwiązała konia i ruszyliśmy dalej.

- Wśród ludzi płcią bardziej zręczną jest męska, jak to jest u elfów? - zagadnąłem w drodze.

- Tak samo drogi Emanesie.

- Więc jak to się stało, że dogoniłaś tego elfa a on nie miał żadnych szans na

ucieczkę?

- Płeć nie jest jedynym kryterium według jakiego mierzy się spryt, zręczność czy siłę.

W moim przypadku jest to zupełnie inaczej uwarunkowane. Od dawna, nawet

bardzo dawna nasi królowie brali sobie za żony najsprytniejsze, najzręczniejsze i

najsilniejsze kobiety. Następni ich potomkowie mięli tę siłę, zręczność i spryt

wrodzony.

- I tak się składa, że ty jesteś córką takiego króla, rozumiem.

Piłka uśmiechnęła się, szarpnęła konia i zwiększyła długość kroku. Była bardzo niezwykła, nawet sposób w jaki trzymała konia był dla mnie dziwny. Jej krok zawsze był identyczny jak krok konia, nigdy nie pozwalała mu na to, żeby stawiając mniejsze kroki szybciej przeplatał nogami. Wchodziliśmy na pagórek. Kiedy Piłka weszła na jego szczyt powiedziała - Miał racje. - i pokazała mi pozostałości po osadzie elfów. Wykarczowany fragment lasu, drzewa porozrzucane w bezładzie. Elfy mieszkający teraz w prowizorycznych namiotach nie mięli widać wystarczająco siły aby wszystko uprzątnąć. W jednym miejscu zauważyliśmy grupę elfów tłoczącą się przy jednym ze stojących jeszcze drzew. Podeszliśmy więc bliżej. W centrum zainteresowania był nasz kolega - złodziejaszek. Rozdawał on wszystkim nasz irran. Piłka uśmiechnęła się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Przepchnęła się przez tłum. Elf rozdający irran przestraszył się najpierw, a potem powiedział:

- Wasza wysokość zrozumie chyba, że głodny naród musi coś jeść?

- Rozumiem, ale mogłeś przecież poprosić.

- Nie chciałem podejmować ryzyka, że się Pani nie zgodzi.

- Chcę z tobą porozmawiać, kiedy już skończysz rozdawać.

Piłka odwróciła się. odeszła od niego a potem zaczęła zwiedzanie osady. Starała się podnosić zniszczone, na wpół spalone posągi przedstawiające elfich władców. Nad jednym zatrzymała się dłużej i zapłakała. Był to posąg przedstawiający jej Ojca. Moje poczucie winy w takich momentach ogromnie rosło, w końcu zabić elfa to nie takie "małe nic". Przysuną się do niej dzieciak, właściwie był to już młodzieniec. Cicho szepną jej:

- Wiem, że Pani Ojciec nie żyje.

- Ta wiadomość tak szybko tu doszła? - zdziwiła się moja przyjaciółka.

- Nie, jestem chyba jedyną osobą w osadzie, która to wie.

- Więc skąd wiesz takie rzeczy?

- Odkąd moi rodzice nie żyją. chodzę sobie bez celu, Tu i ówdzie można dowiedzieć

się wielu ciekawych rzeczy,

- I nikomu o tym nie mówisz?

- Nie mam nikogo bliskiego, z kim mógłbym dzielić się sekretami.

- Nie masz przyjaciół ani krewnych?

- Nie, moi rodzice sprowadzili się tu niedawno z podziemnego miasta, mieli dość

ciemności. Ale teraz wolał bym tam wrócić.

- Dlaczego?

- Bo wojna z ludźmi już się skończyła, a z hartesami wciąż trwa.

- Skąd wiesz, że już się skończyła?

- Bo jeżeli podróżuje Pani z człowiekiem to chyba tak jest.

- Wojna z ludźmi nie skończyła się jeszcze, ten człowiek to Emanes, on towarzyszy

mi w podróży, Jest dobrym człowiekiem, jakich jest mało na ziemi. - Chłopiec

pomyślał chwilę i opowiedział:

- Dlaczego mi to Pani mówi? Nie boi się Pani, że doniosę na Panią do rady osady?

- Wiem, że nikomu nic nie powiesz.

- Nie powiem. - Chłopiec widząc, że Piłka ma do niego zaufanie rozpogodził się. -

I Mam na imię Kipo.

- Wiesz może jak dotrzeć do wyroczni?

- Ja wiem wszystko.

Tak oto do naszej podróży został przyłączony następny uczestnik. Nie wierzyłem w to, że Piłka pozwoliła mu do nas dołączyć. Patrząc na jego radość można było stwierdzić, że on też nie dowierzał. Po chwili dotarł do nas elf uznany przeze mnie za złodzieja. Piłka odeszła wraz z nim gdzieś w stronę lasu, aby nauczyć go sadzić irran w korach drzew. Była to bardzo jemu potrzebna umiejętność. Kipo pobiegł w stronę swojego namiotu w celu zabrania najpotrzebniejszych do podróży rzeczy. W tym czasie do mnie podeszła dziewczynka, bardzo mała.

- Pierwszy raz widzę człowieka. - powiedziała wydzierając się.

- Czemu krzyczysz? - zapytałem.

- Myślałam, że mniej słyszycie przez ten kształt uszu.

- Nie, wcale nie. Słyszę zupełnie tyle samo co ty.

- Naprawdę zjadacie małe elfy, kiedy są niegrzeczne?

- Kto ci tak powiedział?

- Moja mama zawsze kiedy jestem niegrzeczna powtarza, że odda mnie ludziom a

one mnie zjedzą.

- To nie prawda. Ludzie są prawie jak elfy.

Dziewczynka zawołała resztę dzieciaków, które całą gromadką zaczęły targać mnie za włosy, ściągać mi byty, szarpać ubranie, łapać za nos i ciągnąć za ręce. Taką atmosferę zakończyła Piłka:

- Wystarczy na chwilę spuścić cię z oka a ty już przewracasz w głowach nawet dzieciom, Daj im spokój Emanes.

Nie wiedziałem jak się z tego wytłumaczyć, ale Piłka nie wyglądała na taką, która by mi uwierzyła. Konia i resztki irranu pozostawiła w osadzie i zebrała naszą trójkę do drogi. Byto już chyba około południa kiedy znowu ruszyliśmy. Piłka miała nadzieję dotrzeć do Karkanu jeszcze przed zachodem. Kipo uznał to za teoretycznie możliwe, jednak kroki stawiać musieliśmy większe niż zwykle. Kiedy pod wieczór byliśmy prawie na miejscu, Kipo zauważył kłęby dymu nad Karkanem. Piłka na początku nie wiedziała co zrobić, ale

potem rozsądek podpowiedział jej aby zarządziła postój do rana. Nie chciała zbytnio zbliżać się do miasta. Nie wiedzieliśmy co tam się stało i nie chcieliśmy wiedzieć dopóki było ciemno. Nie mieliśmy kolacji i z tego świadomością poszliśmy spać. W środku nocy zbudziłem się jednak i w takiej ciszy nasłuchiwałem głosów z Karkanu. Dało się słyszeć krzyki i płacze. Nigdy jeszcze nie byłem tak wystraszony w nocy. Nie usnąłem już. Nad ranem zaczęło się uspokajać. Dopalały się ostatnie dzielnice miasta. Ostrożnie zbliżyliśmy się do niego i nie ujrzeliśmy nic poza popiołem i kurzem. Wiele ciał leżało na ziemi. Wiele tych co próbowali Karkan ocalić. Nie udało się im, z miasta nie było nawet co zbierać, a i nie miał kto. W całym mieście nie spotkaliśmy nikogo prócz maleńkiego dziecka. Wciąż płakało. Piłka zabrała je na ręce, przytuliła i uspokoiła je. Kipo nie wierzył oczom, że tak potężne miasto zostało zniszczone. Mnie też ściskało się serce kiedy widziałem tyle zabitych, spalonych żywcem i zamordowanych elfów. Miałem nadzieję, że za tą sprawą nie stoją ludzie. Nie mogliśmy zbyt długo zatrzymywać się w Karkanie, bo nie było po co, a sprawca tej masakry mógł w każdej chwili wrócić. Zresztą głowa zaczynała mnie boleć od patrzenia na zwęglone ciała. Dziecko, które Piłka przygarnęła było najzwyklejszym elfim dzieckiem. Zabraliśmy je ze sobą. Następnym miastem do jakiego mieliśmy dotrzeć to jedno z najstarszych, lecz małych elfich miast. Było ono oddalone od Karkanu o pół dnia drogi. Chcieliśmy dotrzeć tam jak najszybciej bo następny dzień bez jedzenia byt by nie do zniesienia. W drodze dla zabicia nudy Kipo wymyślił zabawę, właściwie grę. Stawialiśmy takie same kroki i co 50 mieliśmy o tym oznajmiać. Znudziło nam się po 200 krokach. Zresztą Piłka uważała się za oszukaną, bo niosła dziecko i mogła pomylić kroki. Po południu widzieliśmy już w oddali miasto. Jak zawsze pod koniec drogi szliśmy szybciej, jednak na nieszczęście nasze, a przede wszystkim mieszkańców miasta Kipo znowu zauważył to co nad Karkanem. Byli to Hartesowie. Zbyt wielu by cokolwiek zrobić. Ominęliśmy miasto wielkim łukiem i ruszyliśmy w stronę następnej miejscowości, którą był Jikiel. Pędziliśmy tam na ile tylko pozwalały nasze możliwości, aby zdążyć przed Hartesami. Udało nam się to. Ostrzegliśmy Jikielczyków przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i uznaliśmy to za wszystko co mogliśmy zrobić. Opuściliśmy Jikiel i ruszyliśmy dalej w stronę wyroczni. Potem nie działo się już nic ciekawego. Wciąż ta sama droga, zatrzymywaliśmy się w kilku elfich miastach i zostawiliśmy dzieciaka w jednym z nich. Do wyroczni doszliśmy w trójkę: Ja , Kipo i Piłka. Wyrocznia okazała się być Starym, mówiącym drzewem lub czymś w nim siedzącym. Oto co powiedziała do Piłki:

"Rasa Elfów jest zagrożona. Śmierć Twego Ojca była przewidziana już zanim się narodził, Bez względu na to co uczynisz wszystkie elfy zginą. Jeżeli Hartesowie tego zniszczenia nie dokonają, to Ludzie dokończą dzieła, które oni zaczęli, Elfy będą pod Twoim panowaniem jeszcze przez 200 lat. Brat Twój - Natuk nie dożyje do twojego przyjazdu, to jego chciwość go zabije. Będziesz spokojnie rządzić Elfami aż do śmierci. Jednak Twoi następcy nie poradzą sobie w zapewnianiu bezpieczeństwa narodowi. Wojny zabiją każdego elfa jaki będzie chciał się przed śmiercią uchronić. Nic nie zostanie... Jednak za cztery tysiące lat coś się wydarzy, coś się odmieni. Tyle..." Wyrocznia schowała swoje liście, jakby uschła i przestała mówić. Piłka próbowała czegoś się jeszcze dowiedzieć, ale drzewo nie odpowiadało.

- To po to szliśmy taki kawał drogi? - denerwowała się - Tylko po to, żeby usłyszeć

tak mało stów i to jeszcze tak okrutnych?

Piłka pobiegła w głąb lasu i nie wróciła do wieczora. Ja i Kipo czekaliśmy na nią aż się ściemniło, a potem poszliśmy spać bez niej. Koło drugiej nad ranem zbliżyła się jednak do nas, zabrała swoje rzeczy i odeszła. Obudziłem Kipo i poszliśmy za nią. Dogoniliśmy ją jakieś sześć kilometrów dalej. Już świtało. Była obrażona na cały świat, a szczególnie na nas, tych dzięki którym dotarła do wyroczni. Próbowaliśmy ją jakoś pocieszać, ale bezskutecznie. Wreszcie przytuliłem ją do siebie, okazując w tym więcej czułości niż kiedykolwiek. Wytłumaczyłem, że jeżeli to prawda co się stanie, to nie będzie jej winą i ona powinna żyć tak jak tylko zechce jeszcze przez 200 lat. Zaufała mi. Po kilku dniach przyznałem się do tego, co stało się z jej Ojcem. Zniosła to tak, jak żadnemu człowiekowi by się nigdy nie udało. Dwa miesiące później wzięliśmy ślub.

Byłem pierwszym człowiekiem na elfim tronie od niepamiętnych czasów. Sytuacja polityczna z ludźmi zaczęła się stabilizować, jednak okazałem się być ostatnim człowiekiem, którego Żoną był elf. Nasz pierwszy syn - Jasem był elfem i następcą tronu jako pierworodny. Mieliśmy jeszcze drugiego syna - Dogostana, był człowiekiem. Podarowałem mu swój medalion, a on miał przekazywać swoim dzieciom, a jego dzieci swoim... Poślubił on człowieczą córkę. Na pytanie czy rozumiem coś z tej przepowiedni o tym co stanie się za cztery tysiące lat odpowiedziałem Piłce, że nie mam o tym zielonego pojęcia. Ona uśmiechnęła się i odpowiedziała, że mam. Jej imię - Piłka oznacza z jednego z elfich. języków nic innego jak tylko właśnie "Zielone Pojęcie". Więc mając zielone pojęcie mogę mieć również nadzieję, l mam nadzieję, że jeżeli naprawdę elfów nie ma być to wojny na dobre się już na ziemi skończą. W tym przekonaniu utwierdza mnie to, Ze kiedy syn Dogostana zobaczył pierwszy raz Hartesa nazwał go Mellon. Kipo opuścił nas po kilku latach od powrotu do rodzinnych stron, nigdy już go nie spotkaliśmy. Piłka starała się aby ostatnie chwile jej rasy były jak najpiękniejsze, a ja co wieczór chodziłem do Barkabunen oglądać zachody słońca.,, czerwone jak pokój, jak przyjaźń, jak potęga wspólnych budowli elfów i ludzi...





POCZĄTEK


Zazwyczaj cieszymy się z narodzin dziecka. Chwila w której po raz pierwszy matka trzyma w rękach swoje dziecko często okazuje się być najpiękniejszą chwilą w życiu. Z Tomaszem było jednak Inaczej, Kiedy matka po raz pierwszy go zobaczyła, zareagowała podobnie jak wcześniej lekarze przyjmujący poród - przestraszyła się. Od początku wiadomo było że jest coś nie tak, dziecko ważyło o wiele mniej niż powinno ale pomimo tego wydawało się bardziej zdrowe niż jakikolwiek inny niemowlak. Wszystko było by prawie dobrze gdyby nie te spiczaste uszy. Małżowina nie była jak u wszystkich dzieci na porodówce, była... po prostu spiczasta. Wyglądał jak bohater Startreka, ale niedługo po narodzinach przybiegł chirurg i zaoferował, że naprawi uszy maleństwu. Matka wahała się trochę, mówiła że może dziecko jest jeszcze za małe, ale w końcu zgodziła się i w niedługim czasie Tomek wyglądał jak wszyscy. Jego matka nie miała kłopotu z noszeniem go na rękach - Tomek był wyjątkowo lekki, zresztą nie musiała tego robić zbyt długo bo chłopiec w pół roku po narodzinach chodził o własnych siłach. Mówić też się szybko nauczył, gdy miał roczek można było rozmawiać z nim jak z dorosłym człowiekiem. Sprzyjające warunki sprawiły że do szkoły wysłany został o dwa lata za wcześnie czyli jako czterolatek. Pomimo różnicy wieku Tomek dorównywał a nawet wyprzedzał inteligencją i wiedzą innych uczniów. Kiedy w szkole zauważono, że Tomek zbyt mało waży, matka przejęła się tym równie i wysłała swą pociechę na różnorodne badania, które i tak sprowadzały się do jednego uzasadnienia, a mianowicie do takiego, że żadnego uzasadnienia nie ma i w ogóle to jest niemożliwe aby ktoś tak mało ważył. Tomek bardzo mało jadł, widać nie trzeba było mu więcej, pil za to bardzo dużo czystej wody. Przez kolegów był ignorowany, był dla nich za młody, choć często liczyli się z jego słowem jeżeli chodziło o jakieś wspólne sprawy. Matka dziwiła się dlaczego nie pyta jeszcze o to z jakiego powodu nie ma ojca, on sam w swym jakże wielkim rozumku wymyślił, że lepiej nie pytać jej o to, być może jest to krępujące. Zresztą wspaniale sobie radzili tylko we dwoje. W szkole radził sobie świetnie, czasami w domu można było spotkać obcą osobę, która brała u Tomka korepetycje. Był bardzo zręczny, potrafił naprawić każdą rzecz, która zepsuła się w domu. Jedynymi zwierzątkami w domu były rybki, W swoim akwarium Tomek hodował nawet najdziwniejsze rodzaje egzotycznych płetwali. Jeden raz zdarzyła się mu niemiła przygoda z wodą. Jego pierwsze akwarium okazało się być nieszczelne i pewnej nocy cała woda wraz z zawartością wylała się na podłogę. Dzięki szybkiej interwencji rodzica udało się ocalić wszystkie rybki. Teresa starała się być dobrą matką, ale czasami brakowało Tomaszowi ojcowskiej ręki. Nachodziły go czasem zbyt zwariowane pomysły, które niestety wcielał w życie. Raz na przykład chciał odmalować sobie pokój. Na zielono (dotychczas na ścianach tegoż pokoju ścieliła się śliczna biel artystycznie przechodząca momentami w żółć). Teresa oczywiście nie miała mieć pojęcia o spisku knutym przez jej synka. Pierwszą rzeczą jaka była w planie to zakup odpowiedniego sprzętu. Drabinę znalazł w domu, więc pozostało znaleźć pędzel lub ewentualnie wałek malarski. To było trudniejsze niż wydawać by się mogło (tym bardziej że Tomek miał dopiero 10 lat). Pierwszy sklep okazał się być nie wyposażony w takiego rodzaju cuda, pomimo że był to sklep z kompleksem do remontu domu. Następny był zamknięty, a trzeci z kolei był niewiadome dlaczego tylko dla dorosłych. Wujek na nieszczęście ścian Tomkowego pokoju miał potrzebny sprzęt i to właśnie od niego udało się wypożyczyć go. Już miał malować, już stał na drabinie, już przykładał pędzel do ściany, kiedy się okazało, że Tomek ma wielki powód do wstydu. Zapomniał o naprawdę ważnej sprawie bez której nie dało się uczynić tej krzywdy jego ścianom. Farba. Może wydaje się nierealne zapomnieć o czymś takim, ale Tomkowi udał się taki wyczyn. Nie było problemów z zakupem takiegoż luksusu - tym bardziej zielonego. Zielony powszechnie uznawany jest za kolor nadziei, a i naukowcy dowiedli, że przy większości jego odcieni lepiej się myśli. Kiedy przystąpił do malowania był pewien, że pomyślał już o wszystkim, co okazało się być nieprawdą. Po wszystkim efekt wprawdzie był taki jakiego się Tomek spodziewał, przynajmniej na ścianach, ale kiedy popatrzył na ogół zauważył swój błąd. Wieża stereo, która uprzyjemniała mu jakże umiejętnie czas był całkiem zielona, oprócz niej jeszcze meble, materac, wszystkie książki i nawet ulubiony pluszak. Teresa nie była zadowolona kiedy to zobaczyła. Dostał poważną karę, ale szybko zapomniał o niej i wciąż robił różne głupstwa, aż dorósł. Stało się to już w szkole średniej. Tomek uczęszczał na zajęcia w Liceum Ogólnokształcącym. Stało się to na początku drugiej klasy, podeszła do niego dziewczyna.

- Cześć, To ty jesteś Tomek?

- Tak, a dlaczego?

- Jestem Zuzanna z pierwszej klasy. Szkolna higienistka powiedziała mi że masz takie

coś jak ja.

- To znaczy...

Zuza podeszła bliżej i objęła Tomka, On przez chwilę nie wiedział co się tak właściwie stało, bo jak chciała by go objąć to zrobiła by to za szyję lub coś w tym stylu, a ona objęła go za biodra. Po chwili niepewności podniosła Tomka i odłożyła z powrotem.

- Miała rację.

- Kto miał rację?

- No ta higienistka, ty też jesteś tak lekki jak ja.

Tomek z niedowierzaniem zrobił Zuzi to samo co ona wcześniej jemu.

- Od dawna tak masz? - zapytał się jej z nadzieją, że może jest na to jakaś rada.

- od urodzenia.

- to tak jak ja.

- a uszy?

- co uszy?

- No czy twoje uszy są w porządku, bo ja musiałam mieć operację zaraz po urodzeniu.

- nic mi o tym nie wiadomo.

- Zapytaj rodziców, może mamy ze sobą coś wspólnego.

Wtedy zadzwonił dzwonek. Tomek stał jeszcze przez chwilę jak wryty,

-No to na razie.

Zuzanna odbiegła więc i Tomek odszedł do Masy. Po lekcjach spieszył się Tomasz do domu. Kiedy jednak był już tam, nie wiedział jak o to zapytać. Trochę się bał, ale wreszcie się przemógł.

- Mamo, czy ja mam takie uszy od urodzenia?

Jego matka stała przez chwilę jak słup. Polem powoli się obróciła w stronę Tomka.

- Nie, kiedy się urodziłeś miałeś niespotykane uszy. Były spiczaste.

- Spiczaste?

- Tak, takie jak te postacie z filmów o podróżach kosmicznych, no wiesz.

Tomek wszystko przemyślał bardzo szybko.

- Aha.

Wyszedł nie chcąc zadręczyć swojej matki większą ilością pytań. Następnego dnia sam

odszukał Zuzannę.

- Miałaś rację, moje uszy były spiczaste.

- Wiedziałam, mamy wiele wspólnego,

- Dlaczego mieliśmy takie uszy?

- Nie wiem, szukałam czegoś w Internecie, ale znalazłam tylko, że w wieku XV narodziło

się dziecko z takimi uszami, ale kościół nakazał go zabić, uznając go za dziecko Szatana.

Znowu dzwonek na lekcję okazał się być zapowiedzią przerwy (w rozmowie). Nikt z nich

nic więcej nie wiedział na ten temat, ale utrzymywali ze sobą kontakt, nawet bardzo

bliski.

Mijały lata, przed Tomkiem stanęło zadanie wyboru kierunku studiów. Coś ciągnęło go do architektury. Taki właśnie wybrał. Szło mu nadzwyczaj dobrze, dopiero zaczął a już był najlepszy na roku, potem na kierunku, wkrótce otrzymał stypendium naukowe. Pierwszy rok studiów jeszcze nigdy nie był u nikogo tak lekki jak u Tomasza. Drugi zaczął się równie dobrze. Tomek miał już wtedy towarzystwo. Zuzanna wybrała także architekturę. Okazało się, że oprócz wspólnych cech mają także podobne zainteresowania. Pomagali sobie nawzajem, dzięki czemu więcej czasu spędzali razem. Kiedy rok się znów kończył Tomasz jak zwykle wrócił do domu gdzie czekała go niespodzianka.

- Znasz kogoś z Kanady? - Zapytała go matka kiedy tylko wszedł.

- Nie przypominam sobie nikogo, a dlaczego pytasz?

- Przyszła do ciebie paczka, leży w kuchni na stole.

Tomek szybko pobiegł do kuchni i rzeczywiście była tam paczka. Była wielkości pełnej torebki cukru. Tomasz zaniósł ją do swego zielonego pokoju i delikatnie otworzył. W środku był jakiś wisiorek i list. Napisane było:


Przepraszam. Przepraszam Cię Tomku za to, że opuściłem Ciebie i twoją Matkę. Wiem, że nie mogę liczyć na to, że wybaczysz mi i będzie jak by nigdy nic się nie stało, ale zechciej w przeprosiny przyjąć prezent. Wiem, że kończysz właśnie szkołę średnią i będziesz musiał wybrać kierunek studiów, wiec chciałem Ci tylko polecić abyś wybrał coś związanego z architekturą, bo jako mój jedyny syn przejął byś moją firmę w Kanadzie. Ale do tego trzeba odpowiedniego wykształcenia, wiec proszę zechciej przyjąć ode mnie choć to. Twój Tato.

p.s. Ten medalion od pokoleń przechodzi w mojej rodzinie z ojca na syna wiec pomyślałem, że Ci się należy.


Z propozycją spóźnił się o dwa lata. Ten medalion jednak zadziwił Tomka. Było na nim coś napisane, ale jakimiś nieznanymi znakami. Tomek pomyślał, że musi to sprawdzić. Musiał wybrać się na uczelnię. Kiedy wychodził zaczepiła go matka.

- Od kogo ta paczka?

- Od ojca.

Tomek nie miał zamiaru się tłumaczyć. Wyszedł szybko zamykając za sobą drzwi. Na uczelni znalazł profesora od starożytnych języków. Profesor popatrzył na medalion ale dziwny język nic mu nie mówił. Powiedział, że w domu ma książkę z której może się czegoś dowiedzieć. Zaprosił Tomka do siebie. W domu profesora panował artystyczny chaos. Nie przeprosił on nawet za bałagan jak to czyni w takiej chwili większość ludzi, tylko od razu podszedł do ścianki z książkami. Wyciągnął dość gruba księgę, zrzucił wszystko ze swego biurka i otworzył księgę. Tomek stał tuż obok niego. Profesor dość szybko przekartkowywał księgę i porównywał litery na medalionie z literami w księdze, żadne jednak nie pasowały. Wreszcie Tomek zobaczył coś ciekawego. Zatrzymał przekartkowywującą rękę profesora i przegarnął o kartkę do tyłu. Był tam narysowany człowiek ze spiczastymi uszami. Tomka aż wryło.

- Ot masz rację, nie zauważyłem, to jeden z elfich języków.

Tomek nie mógł dojść do siebie.

- Tu pisze: SKŁOŃ SIĘ PRZED....

Tomek wyrwał księgę z rąk profesora.

- Mogę ją na chwilę pożyczyć?

- No nie wiem... - profesor pokręcił głową co było jednoznaczne.

- To może chociaż zrobię sobie ksero?

- No dobrze.

Tak się złożyło, że profesor miał niewiadomo skąd w domu kserokopiarkę. Tomek wziął ksero strony z księgi oraz medalion i wybiegł. Wpadł do domu Zuzanny bez pukania. Zastał tam tylko jej matkę.

- Jest Zuza?

- Niestety, poszła na zebranie jakiegoś koła studentów...

- Gdzie to jest?

- Na uczelni...

Tomek nie czekał dłużej, tylko pobiegł. Wbiegł na salę gdzie odbywało się zebranie. Oczy wszystkich uczestników odwróciły się w jego stronę. Zuza wstała.

- Tomek, co ty...

Tomek chwycił ją za rękę i wyciągną na zewnątrz.

- Co ty robisz idioto... - wydzierała się Zuzanna.

- Patrz.

Kiedy zobaczyła zareagowała jak wcześniej u profesora Tomek.

- No co ty... to nie może być prawdą.

- Pokażę ci coś jeszcze.

Oboje poszli do barku niedaleko uczelni i przy czystej wodzie odczytywali napisy znajdujące się na medalionie:

SKŁOŃ SIĘ PRZED SWYM PANEM BO KSIĘCIEM JEST ON TEGO LUDU W KTÓRYM JESTEŚ.

- Ja to rozumiem tak, że podobnie jak mój ojciec jestem następcą tronu jakiegoś elfiego

plemienia.

- Chciał byś. - z uśmiechem dodała Zuza.

Oboje byli na przemian wpatrzeni w medalion i w siebie nawzajem.

- Ale masz nieludzkie spojrzenie. - zażartował Tomek,

- I uwierzyć, że przez tak długi czas byliśmy w błędzie.

- Jesteśmy elfami... - westchną Tomek.

- Oboje. - dodała Zuza i chwyciła Tomka za rękę. Wyszli z baru jacyś inni, tak

nieludzko odmienieni.

Chmury się rozstąpiły, pokazało się zachodzące słońce. Czerwień tego słońca sprawiała, że ludzie (i nie tylko) czuli się jakoś specjalnie, tak świątecznie, jakby narodziło się nowe życie.

Kiedy Zuzanna z Tomaszem pobrali się, potem mieli dzieci i nie pozwalali na zmienianie kształtu ich uszu, dopiero było widać co to za nowe życie powstało, dopiero teraz było widać, że narodziła się nowa, a właściwie odrodziła się stara rasa. elfy były wszędzie.

... a z twoimi uszami wszystko w porządku?..