( Cmolas 21
(Cmolas 26
LUDZIE l ELFY
KONIEC
RASY
Będąc
architektem ze sztuką i pięknymi budowlami spotykałem się na co
dzień ale sztuka Hartesów i Elfów zawsze potrafiła
mnie zaciekawić, czymś zafascynować. Tętniące życiem budowle
stworzone przez elfy były przepełnione magią, której nikt
nie był w stanie zrozumieć. Hartesowie z kolei budowali wieże na
tyle skomplikowane, że baliśmy się do nich nawet zbliżać. Ludzie
mogli by się wiele nauczyć wymieniając się doświadczeniem z inną
rasą, ale stosunki z nimi nie były zbyt dobre.
Jestem
Emanesturensus - człowiek, żyjący w mieście nazwanym przez
naszych przodków wdzięczną nazwą Barkabunen, co w piśmie
elfów oznacza coś zbliżonego do "Miasto Zdobywców".
Moimi rodzicami są, a raczej byli Mostefuses i Niriana, Oboje
zginęli w największym najeździe elfów ubiegłego roku.
Teraz opiekuje się mną Jasner, daleko spokrewniony ze mną mędrzec.
Opowiadał on kiedyś, o moim pochodzeniu, ponoć moja prababka była
elfem. Możliwe, że to prawda, nigdy nie zabiłem elfa... coś mnie
powstrzymuje. W starych księgach wyczytał także Jasner, że
pochodzę z Korsanów - królewskiego rodu, który
po straceniu władzy rozproszył się po całej ziemi i nie sięgną
po w pełni zasłużoną władze już nigdy.
Wśród
teraz żyjących ludzi nie ma konfliktów, wojen, czy nawet
kłótni, ale o prawdziwego przyjaciela jest trudniej niż
wgrać wojnę z hartesami. Według mnie wśród ludzi nie można
w ogóle znaleźć przyjaciela za którego warto by było
oddać życie. Nie miałem nigdy nikogo z kim mógł bym
porozmawiać o wszystkim. Jasner pamięta czasy kiedy w Barkabunen w
zgodzie żyły elfy i ludzie. Nikt nie pamięta już od czego zaczęła
się sprzeczka między tymi rasami, ale nikt nie widzi też powodu
dla którego miała by się zakończyć. Dla mnie to wszystko
było zwykłym bratobójstwem i nie miało najmniejszego sensu,
Jasner nauczył mnie walczyć i wykorzystywać przy tym maksymalną
zręczność i w miarę bezpieczną magię służącą do obrony.
Nigdy nie nauczył mnie wykorzystywać mocy do czynienia krzywdy
komuś innemu, nie pytałem dlaczego... Mistrz był wiele razy
skazywany za szpiegostwo, ale do żadnej zwiń się nie przyznawał.
Było to jedyną rzeczą u Jasnera co do której miałem
wątpliwości. Od ojca mego - Mostefusesa dostałem w dzieciństwie
medalion. Podobno coś oznaczał. Jasner nie wyjawił mi jego treści
mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Wyryte były na nim
jakieś znaki. Nie były to znaki jakiegokolwiek z ludzkich języków.
Oprócz medalionu z dzieciństwa pozostały mi wciąż urywkami
powracające wspomnienia, przedstawiające małego elfa, chłopca lub
dziewczynkę. Nie wierzyłem w nie, bo odkąd żyję - konflikt trwa
i jakakolwiek znajomość z elfem była zabroniona. Wody zawsze było
pod dostatkiem, Oprócz momentów kiedy zbliżał się
najazd wroga, którym najczęściej były elfy. Nie wiem
dlaczego temu wydarzeniu towarzyszyło zawsze to samo zjawisko, ale
dzięki niemu ludzie mieli odrobinę czasu na przygotowanie się do
walki.
Tak było i
tym
razem. Spokojnie wybierająca wodę kobieta zauważyła jej brak.
Zawiadomiła jak to zazwyczaj się odbywa radę i rozległy się
alarmowe dzwony. Do walki przystępowali wszyscy. Taki był
obowiązek. Stałem obok Jasnera i trzymałem w ręku pikę wykonaną
z walecznego metalu. Jej trzonek ozdobiony był symbolami bitewnymi
mającymi przynosić szczęście w walce i chronić od potępienia po
śmierci.
Widząc twarze ludzi stojących po
moich obu stronach, czułem się samotny. W przeciwieństwie do nich
- bałem się. Bałem się tego co się tu wydarzy bardziej niż
tego, że mogę zginąć.
Rozległ się szum. Zaraz po nim
zapanowała cisza i skupienie. Nasłuchiwaliśmy z której
strony nadejdą. Nic nie wiedzieliśmy aż po usłyszeniu świstu
zauważyliśmy, że stojący obok mnie człowiek został trafiony
strzałą. W plecy. Odwróciliśmy się wszyscy po czym znowu
zabito jednego z naszych. Znowu w plecy. Zrozumieliśmy że elfy są
wszędzie wokół i już żadne wartości nie mają dla nich
sensu. Coraz szybciej padały strzały. Wszyscy którzy mieli w
rękach tarcze unieśli je nad głowy. Pozwoliło to po części
uchronić się od ataku z drzew i powietrza. Elfy widząc, że ich
przewaga maleje zaczęły atakować ziemią. Wbiegać w nas zaczęły
ogromne masy uzbrojonej w różnego rodzaju dzidy piechoty. Nie
mieli zbyt dużej przewagi liczebnej, więc padało po tyle samo
trupów. Starałem trzymać się z dala od centrum walki
unikając tylko ciosów. Jasner był bezustannie obok mnie.
Zwarty szyk stojący przede mną zaczął się przerzedzać i
pojedyncze elfy przedostawały się przez niego. Jasner używał
magii do pokonywania elfów. Jeden po drugim kładły się
martwe pod jego stopami. Jednak zdziwiło coś Jasnera. Idący w jego
stronę elf był jakiś inny. Mistrz wystraszył się go i wycofał
powoli w stronę miejskiej bramy. Elf ten szedł spokojnie za nim do
Barkabunen, nie rozglądając się w rządną ze stron. Pobiegłem za
nimi. W bramie elf zatrzymał się i rzucił swą laską w Jasnera.
Wbiła się ona w mojego opiekuna, przelatując go na wylot. Wtedy po
raz pierwszy w życiu poczułem prawdziwą nienawiść. Chwyciłem
mocniej swoją pikę i wbiłem ją elfowi w plecy. Padł on na ziemię
i już nie podniósł się. Podbiegłem do Jasnera. Umierał.
Powtórzył tylko dwa razy "guzik..." i umarł.
Zauważyłem, że walka się skończyła. Elfy w popłochu uciekały
pozostawiając po sobie broń. Podniosłem się i podziwiałem radość
jaka panowała wśród mieszkańców Barkabunen. Nie
pokonali oni jeszcze nigdy w tak triumfalny sposób tak
wielkich oddziałów wroga. Przysunąłem się bliżej zabitego
przeze mnie elfa. Trzymał on zaciśnięty w dłoni guzik. Nie umarł
do końca. Jego spiczaste uszy trzęsły się ostatnim tchnieniem
życia. Oderwałem ten guzik i schowałem do sakwy. Miał chyba
wielką wartość dla właściciela jeżeli ostatnią rzeczą jaką
zrobił w życiu była próba ocalenia go przed nami.
Po każdej bitwie są ofiary. Po tej
nie było inaczej. Straciłem następną bliską mi osobę.
Pochowaliśmy ich i jakby na przekór wykonanej czynności
zaczęto świętować. Ja w uroczystości udziału nie bratem.
Wolałem samotność.
Kiedy
wyczyściłem
guzik, okazało się, że bardzo przypomina złoto. Ze zwykłego,
matowego przerodził się w piękny, błyszczący. Nie chciałem tego
rozumieć, po prostu nie miałem na to siły.
Na moim podwórku rosło wysokie
drzewo z wieloma rozgałęzieniami. W dzieciństwie uwielbiałem na
nim siedzieć. Wspiąłem się na niego i w sianie półsnu
rozmyślałem. Przyśnił mi się elf. Była to kobieta o urodzie
jaką spotykało się tylko u ludzi, a nawet piękniejsza. Mówiła
coś o guziku, potem przestraszyła się czyjś kroków i
uciekła mówiąc, że jeszcze po mnie wróci. Kiedy się
obudziłem byłem wciąż na drzewie. Schodząc przydeptałem
jakiegoś owada. Nie wzruszyło mnie to tym razem, byłem przejęty
śmiercią Jasnera. Na drzewie przespałem całą noc. Chcąc zrobić
sobie śniadanie przeszukałem całą spiżarnię. Same pustki. W
poszukiwaniu pożywienia pobiegłem w stronę lasu. W lesie zawsze
można znaleźć jagodę jakąś lub zwierza upolować, wiec broń
była niezbędna. Idąc rozmyślałem nad sensem sensu i czy to
rozmyślanie w ogóle ma sens. Sam nie wiem kiedy zapędziłem
się aż na leśne tereny elfów. Wiedziałem, że nie jestem
tu bezpieczny, wiec zawróciłem. Zauważyłem po chwili coś w
moją stronę biegnącego. Bojąc się, że to elf zacząłem biec,
Biegłem tak szybko, że przez nieuwagę potrąciłem drzewo głową.
To ja okazałem się być bardziej poszkodowany. Straciłem
przytomność. Nie pamiętam nic, aż obudziłem się gdzieś w
jakimś wielkim drzewie, i nad sobą zobaczyłem elfa. Drgnąłem,
ale powstrzymałem się od gwałtownych ruchów. Pomyślałem,
że jeżeli nie zginąłem z jego rąk do tej poryto nie mam się już
czego obawiać. Elf okazał się być tym samym, który
przyśnił mi siew nocy. Była wysokim elfem o ciemnych włosach.
Kogoś takiego się nie zapomina. Włożyła na moje czoło
nasiąkniętą wodą lub czymś innym tkaninę. Zagadnęła mnie:
- Jesteś bardzo wytrzymały, że to
przeżyłeś. Taki uroczy człowiek jak ty musi mieć
bardzo fajne imię.
- Kim jesteś? - zapylałem dziwiąc
się, że elf może być tak miły dla człowieka.
- O nie! Straciłeś pamięć? -
prześledziłem szybko szczegóły mojego dzieciństwa.
- Chyba nie.
- Jestem Piłka, Przyszłam do
ciebie
wczoraj wieczorem i obiecałam, że wrócę rankiem. Widocznie
ty bardziej nie mogłeś się doczekać i wybiegłeś mi na
spotkanie. Los zrządził, że uderzyłeś się w głowę więc
przyniosłam cię do mojego domu. Nie powiedziałeś mi jak masz na
imię.
- Wydaje mi się trochę dziwnie, że
jako elf... bo ludzie i elfy nie żyją w zbyt wielkiej
zgodzie.
- Nie wierzysz w moją
inteligencję?
Kiedyś Wyrocznia przepowiedziała mi, że znajdę
kogoś kto zjednoczy ludzi i elfy w
jeden wielki i kochający się lud. Pomyślałam, że
nie może być to elf bo elfie serca
są
zbyt zatwardziałe. Nie wiedziałam, że ten
którego szukam będzie tak
uroczy.
- A skąd do głowy przyszło ci, że
to właśnie ja?
- Zabrałeś guzik władzy mojego
Ojca.
Nie chciałeś, żeby trafił w ręce bezwzględnych
ludzi.
- Jak to twojego Ojca?
- Tak, taki Moim ojcem był elfi
król.
- To ten którego zabito w bramie
Barkabunen?
- Tak! Ale cóż? Każdy musi
kiedyś odejść. Miałeś mi podać swoje imię. - Zmieszałem
się, wiedziałem że nie mogę
wyjawić
prawdy o śmierci elfiego króla.
- Mam na imię Emanesturensus, ale
jeżeli sprawia ci to kłopoty mów mi Emanes.
- Więc Emanesie, zapraszam na
śniadanie.
Zjedliśmy śniadanie, a potem Piłce
przyszło do głowy, że chciałbym zwiedzić miasto. Nie wiedziałem
co tak naprawdę chce zrobić, ale miałem nadzieję że ona wie.
Uspokoiłem
się
kiedy dała mi długi płaszcz z kapturem i sama też tak się
ubrała. Brązowy kolor płaszcza pobudzał moje zmysły, w związku
z czym zacząłem się rozglądać za wyjściem. Jaki wielkie było
moje zdziwienie kiedy dowiedziałem się ,że na nim stoję. Piłka
otworzyła właz i moim oczom ukazało się podziemne miasto elfów.
Do tej pory byłem w wielkim błędzie myśląc, że architektura
elfów jest niezwykła. Ona była arcy niezwykła.
Przechodziliśmy schodek po schodku w dół, obserwując coraz
większe przestrzenie tego miasta. Była to okropnie bardzo
zaludniona elfia miejscowość, w związku z czym czułem się
ogromnie zagrożony. Przepychaliśmy się przez ciemne uliczki
trącając kogoś co chwilę. Zastanawiające było w jaki sposób
elfy poradziły sobie z dostarczeniem światła pod ziemię.
Wydrążone drzewa, rozcięte przy górnej części pozwalały
na zauważanie zaledwie zarysów. Resztę robiły lampy na
naftę oraz wielkie znicze rozmieszczone przy najważniejszych
punktach miasta. Ze studni ustawionej w środkowej części miasta
czerpały zarówno elfy jak drzewa. Stragany gdzie można byto
cokolwiek kupić świeciły kusząco na różne kolory, a przy
całkiem zaawansowanym przyciąganiu klientów nawet kolory te
zmieniały się. Przy jednym z takich straganów Piłka
zatrzymała się i poprosiła o jak najwięcej liści suszonego
irranu. Sprzedawca spojrzał na nią i rozszerzył oczy,
- To ty? - zapytał szeptem. Piłka
jeszcze bardziej go uciszyła i odpowiedziała:
- A czy aż tak bardzo się
zmieniłam?
- Nie, tylko nie wierzę że jeszcze
tu
jesteś.
- Już znikam, tylko najpierw muszę
zrobić trochę zapasów na drogę.
- Weź co chcesz i znikaj jak
najszybciej, zanim zobaczy cię ktoś od Natuka.
- A co może mi Natuk zrobić, nie
jest
jeszcze królem, nie ma guzika.
- A ty masz? - Piłka zawahała się
trochę po czym odpowiedziała:
- Nie.
Sprzedawca popatrzył z zaufaniem
na
Piłkę. Ona wzięła wszystko co było jej potrzebne i szukając
pieniędzy dowiedziała się ze nie musi płacić. Wracaliśmy do
drzewa Piłki. Widać było, że nie lubi kłamać i nawet to
kłamstewko wzbudziło w niej wyrzuty sumienia. Idąc tak
usłyszeliśmy najpierw jakieś krzyki, a potem alarm o szpiegu. W
tym momencie mój strach wzrósł tak gwałtownie, że
moje nogi same zaczęły uciekać. Piłka uniemożliwiła mi to
chwytając mnie za rękę. Uciekający hartes został postrzelony po
czym zabrano go do niewoli. Piłka popatrzyła na mnie i ostrzegła,
żebym nawet w takich chwilach nie wykonywał gwałtownych ruchów.
Po wejściu do domku Piłka spakowała najbardziej potrzebne rzeczy i
wyszliśmy na powierzchnię. Zapytałem od razu o to co było tematem
rozmowy z kupcem. Nie chciała o tym mówić i wyglądała
jakby była bardzo obrażona. Na powierzchni - w lesie nie
spotkaliśmy żadnego elfa. Zapytałem też o cel naszej podróży,
odpowiedziała tylko, że idziemy do wyroczni aby zapytać co dalej
zrobić. Szliśmy przez cały ranek, aż doszliśmy do odległego
miasta elfów. To miasto było na powierzchni bo mieszkańcy
jego czuli się bezpieczni. Osady ludzkiej nie było nigdzie w
pobliżu. Miasto to wyglądem przypominało Barkabunen ale domy
budowane były inaczej, moim zdaniem mniej stabilnie. Idąc przez
miasto podziwiałem te budowle, a Piłka rozglądała się za swoimi
znajomymi. Pierwszy jakiego spotkaliśmy był elfem zajmującym
jakieś ważne stanowisko w mieście, był burmistrzem lub czymś w
tym rodzaju. Przywitał on Piłkę i zapytał co u jej ojca. Piłka
odpowiedziała, że jakoś się trzyma. Znowu skłamała. Nie wiem
czy tak mi się wydaje, ale to kłamstwo znowu wzbudziło w niej
wyrzuty sumienia. Następny był właścicielem gospody, był chyba
bardziej zaufaną osobą. Piłka przedstawiła mnie mu i powiedziała,
ze jestem człowiekiem. Oberżysta poprosił Piłkę aby uważała ze
mną,, aby nikt się o mnie nie dowiedział. Zaproponował byśmy
przenocowali u niego. Piłka zgodziła się, co mnie zdziwiło, bo do
wieczora było jeszcze daleko. Popatrzyła ona na mnie i ze słodkim
elfim uśmieszkiem poprosiła, żebym się nie obraził. Oddała mnie
w ręce swojego przyjaciela a sama oddaliła się w stronę rynku.
Oberżysta zamkną mnie w pokoju na samej górze gospody i
zaproponował rozgoszczenie się. Tak zrobiłem. Pokoik wyglądał
następująco; szafka na ubranie, półka na lampę, na niej
lampa na oliwę, łóżko i dla odmiany hamak. Przesiedziałem
tam w samotności i w rozmyślaniu dwie godziny próbując
sobie bezskutecznie wszystko w myślach poukładać. Po południu
przyszedł do mojego pokoju właściciel gospody z pudełkiem
szachów. Powiedział, że zazwyczaj nie ma za co ludzi
doceniać ale w szachy podobno dobrze grają, Miał rację, w szachy
grałem bardzo dobrze. Ku mojemu zdziwieniu w tym elfie znalazłem
równego sobie przeciwnika. Na cztery partie wygrałem dwie i
jedna skończyła się remisem. Do tej pory myślałem, że ta gra
zbliża ludzi, a teraz dowiedziałem się, że nie tylko ludzi. Potem
oberżysta zaczął wypytywać mnie o cel podróży. Nie byłem
pewien czy mogę mu powiedzieć, więc kazałem mu zapytać o to
mojego przełożonego w tej podróży - Piłkę. Widząc, że
niczego się ode mnie nie dowie oberżysta opuścił pokuj. Wieczorem
przyszła Piłka. Zapukawszy weszła do mojego pokoju i przeprosiła,
że nie było jej tak długo. Zapytała czy czegoś mi trzeba i
wręczyła kubek ciepłej zupy. Widocznie szybko przyzwyczaiłem się
do życia ełfiego, od rana nic nie jadłem i nie czułem głodu.
Kiedy zrobiło się ciemno życzyła mi dobrej nocy i poleciła się
wyspać aby już rano można było wyruszyć. Kiedy opuściła mój
pokój ułożyłem się i zasnąłem.
Ranek był wyjątkowo słoneczny.
Słoneczne promienie przedostawały się przez wszystkie strzeliny w
ścianie. Obserwowałem je spokojnie, bo i one były spokojne. Zanim
usłyszałem pukanie do drzwi, zdążyły przedostać się na
odległość około siedmiu dwupalców. Do pokoju weszła
Piłka, mówiąc że nie wie o jakiej porze wstaje się u nas
ale dla elfów jest to idealny czas. Dała mi nowe elfie
ubranie, zapłaciła właścicielowi gospody i wyszliśmy. Na
zewnątrz czekały na nas dwa konie. Oba białe. Piłka wybrała
pierwsza i ruszyliśmy dalej. Słońce wraz z tym jak zbliżało się
ku zenitowi, przygrzewało coraz mocniej, a że my kierowaliśmy się
na zachód, to grzało nam po plecach.
- Skąd masz na to wszystko
pieniądze
- zagadnąłem.
- Mój Ojciec był w końcu
królem, a z czego znani są królowie?
- No tak, z ogromnej masy złota w
pałacu, dużej służby, wielkiego majątku ziemskiego i tak dalej.
- Właśnie, mój Ojciec nie miał
nic innego więc nadrabiał pieniędzmi.
- Co to za król bez pałacu?
- Elfi król, żaden z elfich
królów nie miał pałacu, z tego co wiem, z tego co
czytałam tak wnioskuję. W żadnej ze starożytnych ksiąg nie ma
nawet wzmianki o jakimkolwiek pałacu czy fortecy.
- A jednak elfy i bez tego są
potężne.
- Tak ci się tylko wydaje, potężny
to może być król. Wszystkie elfy szły na te wojny z
takim samym strachem, jaki widać
było
w oczach waszych żołnierzy.
- Twój Ojciec nie miał litości
nawet dla swoich podopiecznych?
- Ich najmniej mi żal. Gdyby
chcieli
postawili by się mu. ale pałali taką nienawiścią do
ludzi, że woleli sami zginąć niż
dać żyć komuś z was.
- To się z sobą gryzie. Z jednej
strony strach a z drugiej nienawiść?
- Wiem że to nie ma sensu. W ogóle
te wszystkie wojny nie mają sensu. Za każdym razem, kiedy oddziały
mojego Ojca ruszały do boju, ja tamowałam bieg wody aby dać wam
ostrzeżenie.
- To ty? Te sygnały naprawdę
pomagały
nam się przygotować,
- Cieszy mnie to. Nie wiem
dlaczego na
tę bitwę wybrał się Ojciec. Zawsze zostawał w mieście albo
obserwował postępy z dużych odległości. Teraz było inaczej.
Chciał zemścić się na jakimś człowieku, który często
nazywany był przez niego zdrajcą. był on szpiegiem mego Ojca a w
rzeczywistości okazał się być podwójnym szpiegiem, który
zdradził ludziom położenie naszego miasta. Wszyscy ludzie, którzy
zbliżyli się do niego zostali zabici na miejscu, a ich ciała
pozostawione zostały w lesie jako przestroga dla innych.
- Elfy są naprawdę okrutne,
dlaczego
ty jesteś inna?
- Nie jestem.
Odpowiedziała a potem odwróciła
się i przez długi czas słyszałem tylko wiatr i tętent koni.
Dopiero wtedy zauważyłem na koniu Piłki torbę pęczasto wypchaną.
Mina Piłki wskazywała, że nie warto pytać o jej zawartość w tej
chwili. Pytanie więc odłożyłem na później. Nie wiem czy
to ten strój tak na mnie działał, ale mój organizm
coraz bardziej przypominał organizm elfa. Nie odczuwałem głodu
pomimo, że moim ostatnim posiłkiem była zupa, którą Pilka
podała mi wczoraj wieczorem. Wszyscy ludzie jeść musieli co chwilę
a elfy uznawały tylko kolację i to skąpą. Jasner opowiadał mi
kiedyś, że do takiego stanu może doprowadzić tylko towarzystwo
elfa lub miłość. W moim przypadku przyczyną mogło być i jedno i
drugie.
Dojeżdżaliśmy już chyba do punktu
następnego noclegu, bo słońce zachodziło a Piłka prowadziła
konia coraz wolniej i nie pewniej.
- Poczekaj - powiedziała,
zeskoczyła
z konia i pobiegła.
Biegła tak kilkaset metrów i
zawróciła, kiedy nie zeszła jeszcze z pola mojego wzroku.
Przybiegła z powrotem i wskoczyła na konia.
- To tu. - powiedziała.
- Nie lepiej było pojechać tam na
koniu?
- Nie ufam zwierzętom, zresztą
niech
sobie na chwilę choć odpocznie biedak. -
uśmiechnęła się do mnie i
poczułem,
że jej dobry humor powrócili trzymać będzie
się jej długo. Skorzystałem wiec z
okazji i zapytałem:
- Co wieziesz w tych worach? Jeśli
można wiedzieć.
- Oczywiście, że można. Są to
suszone liście irranu.
- Po co ci tak wielkie ilości
takiego
zielska?
- A ty myślisz, że z czego była ta
wczorajsza zupa?
Nie miałem zamiaru już o nic
pytać.
Przed nami była wielka przepaść. Za przepaścią miało znajdować
miejsce naszego noclegu. Z naszej strony nie było nic takiego widać,
ale zaufałem Piłce. Pomyślałem, że to może jakaś
niespodzianka, czy coś. Elfy od zawsze miały zwariowane pomysły.
Zatrzymaliśmy się na skraju urwiska. Piłka kazała mi uzbierać
drewna, zrobiłem więc tak. Rozpaliła ognisko, zatknęła
konstrukcję i ustawiła miniaturowy garnek z wodą wsypując do
niego pokruszony irran.
- Wiec to tutaj jest nasz nocleg?
-
zapytałem.
- Nie, to nie koniec podróży na
dzisiaj, ale nie spodziewaj się lepszych warunków
noclegowych.
- To na co czekamy?
- Na zachód słońca.
Nie zrozumiałem jej, ale miała być
moją przyjaciółką, a przyjaźń buduje się na zaufaniu.
Nie minęło zbyt dużo czasu po zjedzeniu zupy z irranu, a zaszło
słońce. Teraz Piłka po zagaszeniu ogniska była w stanie pełnej
gotowości. Siedzieliśmy na koniach i czekaliśmy. Nie wiem na co bo
nie powiedziała mi. Wreszcie Piłka popatrzyła w górę i
krzyknęła – Teraz! - Ruszyła galopem w stronę przepaści. Nie
miałem już nic do stracenia, wiec ruszyłem za nią. Zacząłem się
wahać ( podobnie jak i mój koń ) kiedy ziemia na serio się
kończyła i pozostała przed nami tylko przepaść. Piłka jednak
się nie zatrzymywała. Wjechała w przepaść, nie tonąc w niej
jednak. Wciąż jechałem za nią. Okazało się, że pod nami
utworzył się most kamienny. Byliśmy już w środku, kiedy zacząłem
zastanawiać się, czemu tak pędzimy. Oglądając się za siebie
zrozumiałem. Most znikał równie szybko jak i się pojawiał.
Próbowałem zmusić konia do szybszego biegu, ale chyba
szybciej już się nie dało. Koń Piłki był chyba szybszy od tego
na którym ja jechałem, bo wyminęła mnie o dobry kawałek
drogi. Kiedy była już na drugim brzegu mój koń potkną się
o wystający kamień. Upadła ja wraz z nim. Próbowałem go
podnieść, ale nie było już czasu. Most znikał w zawrotnym
tempie. Musiałem biec. Uciekałem ile tylko miałem w nogach sił.
Znikanie mostu było jednak szybsze. Doganiał mnie. Kiedy miałem
jeszcze odległość zbliżoną do podwójnej długości mojego
ciała, moim jedynym wyjściem było zareagować na - Skacz! -
wypowiedziane przez Piłkę. Złapałem się brzegu urwiska. Piłka
zeskoczyła z konia i podała mi dłoń. Jakże była ona pomocna w
tym momencie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w oku towarzyszącego
mi elfa łzę. Piłka mrugnięciem oka szybko zrzuciła ją na swój
policzek a potem otarła mając nadzieję, że nie widziałem.
Objąłem ją, ona jednak przycisnęła mnie mocniej do siebie i w
takiej pozycji ustaliliśmy, ze najlepszym schronieniem na noc będzie
tego schronienia brak. Mięliśmy spać pod gołym niebem. Znowu
rozpaliliśmy ogień. Piłka przywiązała jedynego konia jaki nam
pozostał do drzewa i zdjęła z niego torby z irranem. Przygotowała
sobie posłanie z derki i własnych ubrań. Chwyciła mnie za rękę
i podprowadziła do urwiska. Noc była ciepła i bezchmurna, widać
było wszystkie gwiazdy. Piłka wskazała ręką na niebo.
- To nieprawda, że gwiazdy to
symbole
naszych przodków, którzy już odeszli.
Nieprawdą jest również, że
każda gwiazda jest patronem kogoś z elfów czy ludzi.
Gwiazdy to patroni zwierząt.
Piłka wskazała część nieba, w
której po chwili widać było spadającą gwiazdę.
- To była gwiazda twojego konia.
Puściła moją rękę, powoli odeszła
w stronę ogniska, podłożyła drewna i położyła się na
wcześniej przygotowanym posłaniu. Patrzyłem jeszcze przez chwilę,
aż gwiazda całkiem wygasła. Nie wiedziałem co mam teraz robić,
czuwać aż Piłka się obudzi, czy podobnie jak ona iść spać.
Zostałem przy obu. Miałem bardzo delikatny sen. Obudziłem się
kiedy usłyszałem jakieś szmery. Ktoś lub coś grzebało w
ekwipunku Piłki. Skradłem się do niej żeby ją obudzić, ale
robiłem to zbyt głośno. Złodziej zabrał torbę Piłki i uciekł.
Moja przyjaciółka zerwała się natychmiast i rozpoczęła
pościg za tymże osobnikiem. Biegłem za nimi. Z daleka widziałem
jak Piłka dogania złoczyńcę i odbiera mu torbę, a potem i
przyprowadza go do naszego obozu. Okazał się być elfem, który
starał się nas okraść z powodu głodu jaki go męczył.
Opowiadał, że od kiedy hartesowie napadli ich osadę i zrównali
ją z ziemią, tylko w taki sposób można coś zjeść. Widać
było, że Piłka wierzyła mu. Elf ten wyglądał na równego
Piłce wiekiem, miał jeszcze jaśniejsze od niej włosy i wydawał
się mówić prawdę. Piłka zaproponowała, żeby został z
nami na noc a rankiem mięliśmy iść z nim do osady, albo raczej do
tego co z tej osady zostało. Rankiem jednak, kiedy obudziliśmy się
nieznajomego elfa już nie było. Toreb z irranem również.
Piłka jednak się tym nie przejmowała, tylko odwiązała konia i
ruszyliśmy dalej.
- Wśród ludzi płcią bardziej
zręczną jest męska, jak to jest u elfów? - zagadnąłem w
drodze.
- Tak samo drogi Emanesie.
- Więc jak to się stało, że
dogoniłaś tego elfa a on nie miał żadnych szans na
ucieczkę?
- Płeć nie jest jedynym kryterium
według jakiego mierzy się spryt, zręczność czy siłę.
W moim przypadku jest to zupełnie
inaczej uwarunkowane. Od dawna, nawet
bardzo dawna nasi królowie brali
sobie za żony najsprytniejsze, najzręczniejsze i
najsilniejsze kobiety. Następni
ich
potomkowie mięli tę siłę, zręczność i spryt
wrodzony.
- I tak się składa, że ty jesteś
córką takiego króla, rozumiem.
Piłka uśmiechnęła się, szarpnęła
konia i zwiększyła długość kroku. Była bardzo niezwykła, nawet
sposób w jaki trzymała konia był dla mnie dziwny. Jej krok
zawsze był identyczny jak krok konia, nigdy nie pozwalała mu na to,
żeby stawiając mniejsze kroki szybciej przeplatał nogami.
Wchodziliśmy na pagórek. Kiedy Piłka weszła na jego szczyt
powiedziała - Miał racje. - i pokazała mi pozostałości po
osadzie elfów. Wykarczowany fragment lasu, drzewa porozrzucane
w bezładzie. Elfy mieszkający teraz w prowizorycznych namiotach nie
mięli widać wystarczająco siły aby wszystko uprzątnąć. W
jednym miejscu zauważyliśmy grupę elfów tłoczącą się
przy jednym ze stojących jeszcze drzew. Podeszliśmy więc bliżej.
W centrum zainteresowania był nasz kolega - złodziejaszek. Rozdawał
on wszystkim nasz irran. Piłka uśmiechnęła się jeszcze bardziej
niż kiedykolwiek. Przepchnęła się przez tłum. Elf rozdający
irran przestraszył się najpierw, a potem powiedział:
- Wasza wysokość zrozumie chyba,
że
głodny naród musi coś jeść?
- Rozumiem, ale mogłeś przecież
poprosić.
- Nie chciałem podejmować ryzyka,
że
się Pani nie zgodzi.
- Chcę z tobą porozmawiać, kiedy
już
skończysz rozdawać.
Piłka odwróciła się. odeszła
od niego a potem zaczęła zwiedzanie osady. Starała się podnosić
zniszczone, na wpół spalone posągi przedstawiające elfich
władców. Nad jednym zatrzymała się dłużej i zapłakała.
Był to posąg przedstawiający jej Ojca. Moje poczucie winy w takich
momentach ogromnie rosło, w końcu zabić elfa to nie takie "małe
nic". Przysuną się do niej dzieciak, właściwie był to już
młodzieniec. Cicho szepną jej:
- Wiem, że Pani Ojciec nie żyje.
- Ta wiadomość tak szybko tu
doszła?
- zdziwiła się moja przyjaciółka.
- Nie, jestem chyba jedyną osobą w
osadzie, która to wie.
- Więc skąd wiesz takie rzeczy?
- Odkąd moi rodzice nie żyją.
chodzę
sobie bez celu, Tu i ówdzie można dowiedzieć
się wielu ciekawych rzeczy,
- I nikomu o tym nie mówisz?
- Nie mam nikogo bliskiego, z kim
mógłbym dzielić się sekretami.
- Nie masz przyjaciół ani
krewnych?
- Nie, moi rodzice sprowadzili się
tu
niedawno z podziemnego miasta, mieli dość
ciemności. Ale teraz wolał bym tam
wrócić.
- Dlaczego?
- Bo wojna z ludźmi już się
skończyła, a z hartesami wciąż trwa.
- Skąd wiesz, że już się skończyła?
- Bo jeżeli podróżuje Pani z
człowiekiem to chyba tak jest.
- Wojna z ludźmi nie skończyła się
jeszcze, ten człowiek to Emanes, on towarzyszy
mi w podróży, Jest dobrym
człowiekiem, jakich jest mało na ziemi. - Chłopiec
pomyślał chwilę i opowiedział:
- Dlaczego mi to Pani mówi? Nie
boi się Pani, że doniosę na Panią do rady osady?
- Wiem, że nikomu nic nie powiesz.
- Nie powiem. - Chłopiec widząc,
że
Piłka ma do niego zaufanie rozpogodził się. -
I Mam na imię Kipo.
- Wiesz może jak dotrzeć do
wyroczni?
- Ja wiem wszystko.
Tak oto do naszej podróży
został przyłączony następny uczestnik. Nie wierzyłem w to, że
Piłka pozwoliła mu do nas dołączyć. Patrząc na jego radość
można było stwierdzić, że on też nie dowierzał. Po chwili
dotarł do nas elf uznany przeze mnie za złodzieja. Piłka odeszła
wraz z nim gdzieś w stronę lasu, aby nauczyć go sadzić irran w
korach drzew. Była to bardzo jemu potrzebna umiejętność. Kipo
pobiegł w stronę swojego namiotu w celu zabrania
najpotrzebniejszych do podróży rzeczy. W tym czasie do mnie
podeszła dziewczynka, bardzo mała.
- Pierwszy raz widzę człowieka. -
powiedziała wydzierając się.
- Czemu krzyczysz? - zapytałem.
- Myślałam, że mniej słyszycie
przez ten kształt uszu.
- Nie, wcale nie. Słyszę zupełnie
tyle samo co ty.
- Naprawdę zjadacie małe elfy,
kiedy
są niegrzeczne?
- Kto ci tak powiedział?
- Moja mama zawsze kiedy jestem
niegrzeczna powtarza, że odda mnie ludziom a
one mnie zjedzą.
- To nie prawda. Ludzie są prawie
jak
elfy.
Dziewczynka zawołała resztę
dzieciaków, które całą gromadką zaczęły targać
mnie za włosy, ściągać mi byty, szarpać ubranie, łapać za nos
i ciągnąć za ręce. Taką atmosferę zakończyła Piłka:
- Wystarczy na chwilę spuścić cię
z
oka a ty już przewracasz w głowach nawet dzieciom, Daj im spokój
Emanes.
Nie wiedziałem jak się z tego
wytłumaczyć, ale Piłka nie wyglądała na taką, która by
mi uwierzyła. Konia i resztki irranu pozostawiła w osadzie i
zebrała naszą trójkę do drogi. Byto już chyba około
południa kiedy znowu ruszyliśmy. Piłka miała nadzieję dotrzeć
do Karkanu jeszcze przed zachodem. Kipo uznał to za teoretycznie
możliwe, jednak kroki stawiać musieliśmy większe niż zwykle.
Kiedy pod wieczór byliśmy prawie na miejscu, Kipo zauważył
kłęby dymu nad Karkanem. Piłka na początku nie wiedziała co
zrobić, ale
potem rozsądek podpowiedział jej
aby
zarządziła postój do rana. Nie chciała zbytnio zbliżać
się do miasta. Nie wiedzieliśmy co tam się stało i nie chcieliśmy
wiedzieć dopóki było ciemno. Nie mieliśmy kolacji i z tego
świadomością poszliśmy spać. W środku nocy zbudziłem się
jednak i w takiej ciszy nasłuchiwałem głosów z Karkanu.
Dało się słyszeć krzyki i płacze. Nigdy jeszcze nie byłem tak
wystraszony w nocy. Nie usnąłem już. Nad ranem zaczęło się
uspokajać. Dopalały się ostatnie dzielnice miasta. Ostrożnie
zbliżyliśmy się do niego i nie ujrzeliśmy nic poza popiołem i
kurzem. Wiele ciał leżało na ziemi. Wiele tych co próbowali
Karkan ocalić. Nie udało się im, z miasta nie było nawet co
zbierać, a i nie miał kto. W całym mieście nie spotkaliśmy
nikogo prócz maleńkiego dziecka. Wciąż płakało. Piłka
zabrała je na ręce, przytuliła i uspokoiła je. Kipo nie wierzył
oczom, że tak potężne miasto zostało zniszczone. Mnie też
ściskało się serce kiedy widziałem tyle zabitych, spalonych
żywcem i zamordowanych elfów. Miałem nadzieję, że za tą
sprawą nie stoją ludzie. Nie mogliśmy zbyt długo zatrzymywać się
w Karkanie, bo nie było po co, a sprawca tej masakry mógł w
każdej chwili wrócić. Zresztą głowa zaczynała mnie boleć
od patrzenia na zwęglone ciała. Dziecko, które Piłka
przygarnęła było najzwyklejszym elfim dzieckiem. Zabraliśmy je ze
sobą. Następnym miastem do jakiego mieliśmy dotrzeć to jedno z
najstarszych, lecz małych elfich miast. Było ono oddalone od
Karkanu o pół dnia drogi. Chcieliśmy dotrzeć tam jak
najszybciej bo następny dzień bez jedzenia byt by nie do
zniesienia. W drodze dla zabicia nudy Kipo wymyślił zabawę,
właściwie grę. Stawialiśmy takie same kroki i co 50 mieliśmy o
tym oznajmiać. Znudziło nam się po 200 krokach. Zresztą Piłka
uważała się za oszukaną, bo niosła dziecko i mogła pomylić
kroki. Po południu widzieliśmy już w oddali miasto. Jak zawsze pod
koniec drogi szliśmy szybciej, jednak na nieszczęście nasze, a
przede wszystkim mieszkańców miasta Kipo znowu zauważył to
co nad Karkanem. Byli to Hartesowie. Zbyt wielu by cokolwiek zrobić.
Ominęliśmy miasto wielkim łukiem i ruszyliśmy w stronę następnej
miejscowości, którą był Jikiel. Pędziliśmy tam na ile
tylko pozwalały nasze możliwości, aby zdążyć przed Hartesami.
Udało nam się to. Ostrzegliśmy Jikielczyków przed
zbliżającym się niebezpieczeństwem i uznaliśmy to za wszystko co
mogliśmy zrobić. Opuściliśmy Jikiel i ruszyliśmy dalej w stronę
wyroczni. Potem nie działo się już nic ciekawego. Wciąż ta sama
droga, zatrzymywaliśmy się w kilku elfich miastach i zostawiliśmy
dzieciaka w jednym z nich. Do wyroczni doszliśmy w trójkę:
Ja , Kipo i Piłka. Wyrocznia okazała się być Starym, mówiącym
drzewem lub czymś w nim siedzącym. Oto co powiedziała do Piłki:
"Rasa Elfów jest zagrożona.
Śmierć Twego Ojca była przewidziana już zanim się narodził, Bez
względu na to co uczynisz wszystkie elfy zginą. Jeżeli Hartesowie
tego zniszczenia nie dokonają, to Ludzie dokończą dzieła, które
oni zaczęli, Elfy będą pod Twoim panowaniem jeszcze przez 200 lat.
Brat Twój - Natuk nie dożyje do twojego przyjazdu, to jego
chciwość go zabije. Będziesz spokojnie rządzić Elfami aż do
śmierci. Jednak Twoi następcy nie poradzą sobie w zapewnianiu
bezpieczeństwa narodowi. Wojny zabiją każdego elfa jaki będzie
chciał się przed śmiercią uchronić. Nic nie zostanie... Jednak
za cztery tysiące lat coś się wydarzy, coś się odmieni. Tyle..."
Wyrocznia schowała swoje liście, jakby uschła i przestała mówić.
Piłka próbowała czegoś się jeszcze dowiedzieć, ale drzewo
nie odpowiadało.
- To po to szliśmy taki kawał
drogi?
- denerwowała się - Tylko po to, żeby usłyszeć
tak mało stów i to jeszcze tak
okrutnych?
Piłka pobiegła w głąb lasu i nie
wróciła do wieczora. Ja i Kipo czekaliśmy na nią aż się
ściemniło, a potem poszliśmy spać bez niej. Koło drugiej nad
ranem zbliżyła się jednak do nas, zabrała swoje rzeczy i odeszła.
Obudziłem Kipo i poszliśmy za nią. Dogoniliśmy ją jakieś sześć
kilometrów dalej. Już świtało. Była obrażona na cały
świat, a szczególnie na nas, tych dzięki którym
dotarła do wyroczni. Próbowaliśmy ją jakoś pocieszać, ale
bezskutecznie. Wreszcie przytuliłem ją do siebie, okazując w tym
więcej czułości niż kiedykolwiek. Wytłumaczyłem, że jeżeli to
prawda co się stanie, to nie będzie jej winą i ona powinna żyć
tak jak tylko zechce jeszcze przez 200 lat. Zaufała mi. Po kilku
dniach przyznałem się do tego, co stało się z jej Ojcem. Zniosła
to tak, jak żadnemu człowiekowi by się nigdy nie udało. Dwa
miesiące później wzięliśmy ślub.
Byłem pierwszym człowiekiem na
elfim
tronie od niepamiętnych czasów. Sytuacja polityczna z ludźmi
zaczęła się stabilizować, jednak okazałem się być ostatnim
człowiekiem, którego Żoną był elf. Nasz pierwszy syn -
Jasem był elfem i następcą tronu jako pierworodny. Mieliśmy
jeszcze drugiego syna - Dogostana, był człowiekiem. Podarowałem mu
swój medalion, a on miał przekazywać swoim dzieciom, a jego
dzieci swoim... Poślubił on człowieczą córkę. Na pytanie
czy rozumiem coś z tej przepowiedni o tym co stanie się za cztery
tysiące lat odpowiedziałem Piłce, że nie mam o tym zielonego
pojęcia. Ona uśmiechnęła się i odpowiedziała, że mam. Jej imię
- Piłka oznacza z jednego z elfich. języków nic innego jak
tylko właśnie "Zielone Pojęcie". Więc mając zielone
pojęcie mogę mieć również nadzieję, l mam nadzieję, że
jeżeli naprawdę elfów nie ma być to wojny na dobre się już
na ziemi skończą. W tym przekonaniu utwierdza mnie to, Ze kiedy syn
Dogostana zobaczył pierwszy raz Hartesa nazwał go Mellon. Kipo
opuścił nas po kilku latach od powrotu do rodzinnych stron, nigdy
już go nie spotkaliśmy. Piłka starała się aby ostatnie chwile
jej rasy były jak najpiękniejsze, a ja co wieczór chodziłem
do Barkabunen oglądać zachody słońca.,, czerwone jak pokój,
jak przyjaźń, jak potęga wspólnych budowli elfów i
ludzi...
POCZĄTEK
Zazwyczaj cieszymy się z narodzin
dziecka. Chwila w której po raz pierwszy matka trzyma w rękach
swoje dziecko często okazuje się być najpiękniejszą chwilą w
życiu. Z Tomaszem było jednak Inaczej, Kiedy matka po raz pierwszy
go zobaczyła, zareagowała podobnie jak wcześniej lekarze
przyjmujący poród - przestraszyła się. Od początku wiadomo
było że jest coś nie tak, dziecko ważyło o wiele mniej niż
powinno ale pomimo tego wydawało się bardziej zdrowe niż
jakikolwiek inny niemowlak. Wszystko było by prawie dobrze gdyby nie
te spiczaste uszy. Małżowina nie była jak u wszystkich dzieci na
porodówce, była... po prostu spiczasta. Wyglądał jak
bohater Startreka, ale niedługo po narodzinach przybiegł chirurg i
zaoferował, że naprawi uszy maleństwu. Matka wahała się trochę,
mówiła że może dziecko jest jeszcze za małe, ale w końcu
zgodziła się i w niedługim czasie Tomek wyglądał jak wszyscy.
Jego matka nie miała kłopotu z noszeniem go na rękach - Tomek był
wyjątkowo lekki, zresztą nie musiała tego robić zbyt długo bo
chłopiec w pół roku po narodzinach chodził o własnych
siłach. Mówić też się szybko nauczył, gdy miał roczek
można było rozmawiać z nim jak z dorosłym człowiekiem.
Sprzyjające warunki sprawiły że do szkoły wysłany został o dwa
lata za wcześnie czyli jako czterolatek. Pomimo różnicy
wieku Tomek dorównywał a nawet wyprzedzał inteligencją i
wiedzą innych uczniów. Kiedy w szkole zauważono, że Tomek
zbyt mało waży, matka przejęła się tym równie i wysłała
swą pociechę na różnorodne badania, które i tak
sprowadzały się do jednego uzasadnienia, a mianowicie do takiego,
że żadnego uzasadnienia nie ma i w ogóle to jest niemożliwe
aby ktoś tak mało ważył. Tomek bardzo mało jadł, widać nie
trzeba było mu więcej, pil za to bardzo dużo czystej wody. Przez
kolegów był ignorowany, był dla nich za młody, choć często
liczyli się z jego słowem jeżeli chodziło o jakieś wspólne
sprawy. Matka dziwiła się dlaczego nie pyta jeszcze o to z jakiego
powodu nie ma ojca, on sam w swym jakże wielkim rozumku wymyślił,
że lepiej nie pytać jej o to, być może jest to krępujące.
Zresztą wspaniale sobie radzili tylko we dwoje. W szkole radził
sobie świetnie, czasami w domu można było spotkać obcą osobę,
która brała u Tomka korepetycje. Był bardzo zręczny,
potrafił naprawić każdą rzecz, która zepsuła się w domu.
Jedynymi zwierzątkami w domu były rybki, W swoim akwarium Tomek
hodował nawet najdziwniejsze rodzaje egzotycznych płetwali. Jeden
raz zdarzyła się mu niemiła przygoda z wodą. Jego pierwsze
akwarium okazało się być nieszczelne i pewnej nocy cała woda wraz
z zawartością wylała się na podłogę. Dzięki szybkiej
interwencji rodzica udało się ocalić wszystkie rybki. Teresa
starała się być dobrą matką, ale czasami brakowało Tomaszowi
ojcowskiej ręki. Nachodziły go czasem zbyt zwariowane pomysły,
które niestety wcielał w życie. Raz na przykład chciał
odmalować sobie pokój. Na zielono (dotychczas na ścianach
tegoż pokoju ścieliła się śliczna biel artystycznie przechodząca
momentami w żółć). Teresa oczywiście nie miała mieć
pojęcia o spisku knutym przez jej synka. Pierwszą rzeczą jaka była
w planie to zakup odpowiedniego sprzętu. Drabinę znalazł w domu,
więc pozostało znaleźć pędzel lub ewentualnie wałek malarski.
To było trudniejsze niż wydawać by się mogło (tym bardziej że
Tomek miał dopiero 10 lat). Pierwszy sklep okazał się być nie
wyposażony w takiego rodzaju cuda, pomimo że był to sklep z
kompleksem do remontu domu. Następny był zamknięty, a trzeci z
kolei był niewiadome dlaczego tylko dla dorosłych. Wujek na
nieszczęście ścian Tomkowego pokoju miał potrzebny sprzęt i to
właśnie od niego udało się wypożyczyć go. Już miał malować,
już stał na drabinie, już przykładał pędzel do ściany, kiedy
się okazało, że Tomek ma wielki powód do wstydu. Zapomniał
o naprawdę ważnej sprawie bez której nie dało się uczynić
tej krzywdy jego ścianom. Farba. Może wydaje się nierealne
zapomnieć o czymś takim, ale Tomkowi udał się taki wyczyn. Nie
było problemów z zakupem takiegoż luksusu - tym bardziej
zielonego. Zielony powszechnie uznawany jest za kolor nadziei, a i
naukowcy dowiedli, że przy większości jego odcieni lepiej się
myśli. Kiedy przystąpił do malowania był pewien, że pomyślał
już o wszystkim, co okazało się być nieprawdą. Po wszystkim
efekt wprawdzie był taki jakiego się Tomek spodziewał,
przynajmniej na ścianach, ale kiedy popatrzył na ogół
zauważył swój błąd. Wieża stereo, która
uprzyjemniała mu jakże umiejętnie czas był całkiem zielona,
oprócz niej jeszcze meble, materac, wszystkie książki i
nawet ulubiony pluszak. Teresa nie była zadowolona kiedy to
zobaczyła. Dostał poważną karę, ale szybko zapomniał o niej i
wciąż robił różne głupstwa, aż dorósł. Stało
się to już w szkole średniej. Tomek uczęszczał na zajęcia w
Liceum Ogólnokształcącym. Stało się to na początku
drugiej klasy, podeszła do niego dziewczyna.
- Cześć, To ty jesteś Tomek?
- Tak, a dlaczego?
- Jestem Zuzanna z pierwszej
klasy.
Szkolna higienistka powiedziała mi że masz takie
coś jak ja.
- To znaczy...
Zuza podeszła bliżej i objęła
Tomka, On przez chwilę nie wiedział co się tak właściwie stało,
bo jak chciała by go objąć to zrobiła by to za szyję lub coś w
tym stylu, a ona objęła go za biodra. Po chwili niepewności
podniosła Tomka i odłożyła z powrotem.
- Miała rację.
- Kto miał rację?
- No ta higienistka, ty też jesteś
tak lekki jak ja.
Tomek z niedowierzaniem zrobił
Zuzi
to samo co ona wcześniej jemu.
- Od dawna tak masz? - zapytał się
jej z nadzieją, że może jest na to jakaś rada.
- od urodzenia.
- to tak jak ja.
- a uszy?
- co uszy?
- No czy twoje uszy są w porządku,
bo
ja musiałam mieć operację zaraz po urodzeniu.
- nic mi o tym nie wiadomo.
- Zapytaj rodziców, może mamy
ze sobą coś wspólnego.
Wtedy zadzwonił dzwonek. Tomek
stał
jeszcze przez chwilę jak wryty,
-No to na razie.
Zuzanna odbiegła więc i Tomek
odszedł
do Masy. Po lekcjach spieszył się Tomasz do domu. Kiedy jednak był
już tam, nie wiedział jak o to zapytać. Trochę się bał, ale
wreszcie się przemógł.
- Mamo, czy ja mam takie uszy od
urodzenia?
Jego matka stała przez chwilę jak
słup. Polem powoli się obróciła w stronę Tomka.
- Nie, kiedy się urodziłeś miałeś
niespotykane uszy. Były spiczaste.
- Spiczaste?
- Tak, takie jak te postacie z
filmów
o podróżach kosmicznych, no wiesz.
Tomek wszystko przemyślał bardzo
szybko.
- Aha.
Wyszedł nie chcąc zadręczyć swojej
matki większą ilością pytań. Następnego dnia sam
odszukał Zuzannę.
- Miałaś rację, moje uszy były
spiczaste.
- Wiedziałam, mamy wiele wspólnego,
- Dlaczego mieliśmy takie uszy?
- Nie wiem, szukałam czegoś w
Internecie, ale znalazłam tylko, że w wieku XV narodziło
się dziecko z takimi uszami, ale
kościół nakazał go zabić, uznając go za dziecko Szatana.
Znowu dzwonek na lekcję okazał się
być zapowiedzią przerwy (w rozmowie). Nikt z nich
nic więcej nie wiedział na ten
temat,
ale utrzymywali ze sobą kontakt, nawet bardzo
bliski.
Mijały lata,
przed Tomkiem stanęło zadanie wyboru kierunku studiów. Coś
ciągnęło go do architektury. Taki właśnie wybrał. Szło mu
nadzwyczaj dobrze, dopiero zaczął a już był najlepszy na roku,
potem na kierunku, wkrótce otrzymał stypendium naukowe.
Pierwszy rok studiów jeszcze nigdy nie był u nikogo tak lekki
jak u Tomasza. Drugi zaczął się równie dobrze. Tomek miał
już wtedy towarzystwo. Zuzanna wybrała także architekturę.
Okazało się, że oprócz wspólnych cech mają także
podobne zainteresowania. Pomagali sobie nawzajem, dzięki czemu
więcej czasu spędzali razem. Kiedy rok się znów kończył
Tomasz jak zwykle wrócił do domu gdzie czekała go
niespodzianka.
- Znasz kogoś z Kanady? - Zapytała
go
matka kiedy tylko wszedł.
- Nie przypominam sobie nikogo, a
dlaczego pytasz?
- Przyszła do ciebie paczka, leży
w
kuchni na stole.
Tomek szybko pobiegł do kuchni i
rzeczywiście była tam paczka. Była wielkości pełnej torebki
cukru. Tomasz zaniósł ją do swego zielonego pokoju i
delikatnie otworzył. W środku był jakiś wisiorek i list. Napisane
było:
Przepraszam.
Przepraszam Cię Tomku za to, że opuściłem Ciebie i twoją Matkę.
Wiem, że nie mogę liczyć na to, że wybaczysz mi i będzie jak by
nigdy nic się nie stało, ale zechciej w przeprosiny przyjąć
prezent. Wiem, że kończysz właśnie szkołę średnią i będziesz
musiał wybrać kierunek studiów, wiec chciałem Ci tylko
polecić abyś wybrał coś związanego z architekturą, bo jako mój
jedyny syn przejął byś moją firmę w Kanadzie. Ale do tego trzeba
odpowiedniego wykształcenia, wiec proszę zechciej przyjąć ode
mnie choć to. Twój Tato.
p.s. Ten medalion od pokoleń
przechodzi w mojej rodzinie z ojca na syna wiec pomyślałem, że Ci
się należy.
Z propozycją spóźnił się o
dwa lata. Ten medalion jednak zadziwił Tomka. Było na nim coś
napisane, ale jakimiś nieznanymi znakami. Tomek pomyślał, że musi
to sprawdzić. Musiał wybrać się na uczelnię. Kiedy wychodził
zaczepiła go matka.
- Od kogo ta paczka?
- Od ojca.
Tomek nie miał zamiaru się
tłumaczyć.
Wyszedł szybko zamykając za sobą drzwi. Na uczelni znalazł
profesora od starożytnych języków. Profesor popatrzył na
medalion ale dziwny język nic mu nie mówił. Powiedział, że
w domu ma książkę z której może się czegoś dowiedzieć.
Zaprosił Tomka do siebie. W domu profesora panował artystyczny
chaos. Nie przeprosił on nawet za bałagan jak to czyni w takiej
chwili większość ludzi, tylko od razu podszedł do ścianki z
książkami. Wyciągnął dość gruba księgę, zrzucił wszystko ze
swego biurka i otworzył księgę. Tomek stał tuż obok niego.
Profesor dość szybko przekartkowywał księgę i porównywał
litery na medalionie z literami w księdze, żadne jednak nie
pasowały. Wreszcie Tomek zobaczył coś ciekawego. Zatrzymał
przekartkowywującą rękę profesora i przegarnął o kartkę do
tyłu. Był tam narysowany człowiek ze spiczastymi uszami. Tomka aż
wryło.
- Ot masz rację, nie zauważyłem,
to
jeden z elfich języków.
Tomek nie mógł dojść do
siebie.
- Tu pisze: SKŁOŃ SIĘ PRZED....
Tomek wyrwał księgę z rąk
profesora.
- Mogę ją na chwilę pożyczyć?
- No nie wiem... - profesor
pokręcił
głową co było jednoznaczne.
- To może chociaż zrobię sobie
ksero?
- No dobrze.
Tak się złożyło, że profesor miał
niewiadomo skąd w domu kserokopiarkę. Tomek wziął ksero strony z
księgi oraz medalion i wybiegł. Wpadł do domu Zuzanny bez pukania.
Zastał tam tylko jej matkę.
- Jest Zuza?
- Niestety, poszła na zebranie
jakiegoś koła studentów...
- Gdzie to jest?
- Na uczelni...
Tomek nie czekał dłużej, tylko
pobiegł. Wbiegł na salę gdzie odbywało się zebranie. Oczy
wszystkich uczestników odwróciły się w jego stronę.
Zuza wstała.
- Tomek, co ty...
Tomek chwycił ją za rękę i
wyciągną
na zewnątrz.
- Co ty robisz idioto... -
wydzierała
się Zuzanna.
- Patrz.
Kiedy zobaczyła zareagowała jak
wcześniej u profesora Tomek.
- No co ty... to nie może być
prawdą.
- Pokażę ci coś jeszcze.
Oboje poszli do barku niedaleko
uczelni
i przy czystej wodzie odczytywali napisy znajdujące się na
medalionie:
SKŁOŃ
SIĘ PRZED SWYM PANEM BO KSIĘCIEM JEST ON TEGO LUDU W KTÓRYM
JESTEŚ.
- Ja to rozumiem tak, że podobnie
jak
mój ojciec jestem następcą tronu jakiegoś elfiego
plemienia.
- Chciał byś. - z uśmiechem dodała
Zuza.
Oboje byli na przemian wpatrzeni w
medalion i w siebie nawzajem.
- Ale masz nieludzkie spojrzenie.
-
zażartował Tomek,
- I uwierzyć, że przez tak długi
czas byliśmy w błędzie.
- Jesteśmy elfami... - westchną
Tomek.
- Oboje. - dodała Zuza i chwyciła
Tomka za rękę. Wyszli z baru jacyś inni, tak
nieludzko odmienieni.
Chmury się rozstąpiły, pokazało
się
zachodzące słońce. Czerwień tego słońca sprawiała, że ludzie
(i nie tylko) czuli się jakoś specjalnie, tak świątecznie, jakby
narodziło się nowe życie.
Kiedy Zuzanna z Tomaszem pobrali
się,
potem mieli dzieci i nie pozwalali na zmienianie kształtu ich uszu,
dopiero było widać co to za nowe życie powstało, dopiero teraz
było widać, że narodziła się nowa, a właściwie odrodziła się
stara rasa. elfy były wszędzie.
... a z twoimi uszami wszystko w
porządku?..