KOLORY I MARZENIA
(24.09.2006)
Czy to lato, czy też w śniegu – zawsze może być ładnie. Nasze uczucia
sprawiają, że moknięcie w deszczu jeden raz jest najgorszą karą za
winy, których nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć - bo cóż mogło
być tak wielkim przewinieniem? - a innym razem ten deszcz stwarza
sytuację, której romantyzmu i piękna nie przebiłaby żadna inna
sytuacja. Zapach wiosennych kwiatów jest tak samo zachwycający
jesienią, a marzenia są piękne bez względu na wielkość możliwości
zrealizowania. Ocena czegokolwiek tylko wtedy jest naprawdę obiektywna,
kiedy jest jak najbardziej subiektywna. W zależności od sytuacji –
niestety – aby dla innych nie być pewnego rodzaju zgorszeniem poprzez
swoje odchylenie od normy i przez swoją nienormalność, należy oceniać
rzeczy i sytuacje nie obiektywnie, lecz pod względem normalności.
Ona – idąc do szkoły w której uczą tej normalności i kryteriów
oceniania wszystkiego była trochę zmęczona już tym, że to normy
decydują za nią. Potrzebowała chociaż jednej możliwości aby na chwile
się od tego uwolnić. Ta potrzeba stawała się coraz poważniejsza.
Jak nigdy przechodziła przez rynek swojego miasta ze świadomością, że
jest do lekcji nieprzygotowana i nawet nie starała sie, aby było
inaczej. Trzymała w ręku mały bursztyn, który – czego była pewna jak
niczego – przynosił jej szczęście. Idąc wpatrywała się w ludzkie
twarze. Wszystkie były identyczne – znudzone, ponure, bez żadnego
wyrazu i koloru. Od czasu do czasu zdarzały się nieliczne wyjątki.
- Pewnie zakochany – myślała za każdym razem i uśmiechała się w duchu,
bo wiedziała, że dopóki to uczucie będzie trwać w tych nielicznych
przypadkach, to będzie spotykać kolory na swej drodze. Bo kolory to
magia, a magia może wszystko. Jakże kolorowy wydał się jej ten rynek,
kiedy z naprzeciwka nadchodziła para tulących się w siebie ludzi. Oni
wydawali się widzieć jedynie kolory. Ona patrzyła w niego, a on przed
siebie.
- Spójrz, dwóch pajaców. - powiedział.
Skoro ktoś kto widzi kolory zauważył coś co było warte uwagi, to nie
mógł się pomylić. Coś takiego było na pewno warte uwagi osoby
wpatrującej się w ludzkie twarze. Obejrzała się za siebie i zobaczyła.
Rzeczywiście dwóch pajaców. Jechali na rowerach trzymając stopy na
siodełkach. Nic nadzwyczajnego. Po chwili jednak obaj puścili
kierownice i rozłożyli ręce ciągle jadąc. Ludzie patrząc na nich pukali
się w głowę, ona jednak widziała w nich więcej koloru niż w
zakochanych. Było to dla niej przepiękne. Widziała w tej jeździe sens,
widziała przyczynę i nagrodę jaką oni otrzymują za to – wielką radość,
która należała tylko do nich. Swoimi dłońmi rozbijali fale powietrza i
płynęli w pustce. Jazda trwała krótko. Jeden z nich zeskoczył z
jadącego roweru i upadł na nogi i ręce wyjątkowo miękko. Rower
zatrzymał się na ławeczce pośrodku rynku. Drugi jakby wybijając się
poza synchronizację w której jechali do tej pory zamknął oczy i jechał
dopóki jego rower nie stracił odpowiedniej prędkości, a kierownica
skierowała się w poprzek do kierunku jazdy. Chłopak spadł na ziemię, a
rower przetoczył się po nim i ostatecznie wylądował obok. Przestraszona
pobiegła w jego kierunku.
- Jesteś cały? - niemal krzyknęła.
On nie odpowiedział nic, jakby nie słyszał. Leżał na brzuchu. Chwyciła
go więc za ramię i przekręciła twarzą do góry. Jego twarz była
uśmiechnięta a jego oczy ciągle zamknięte. Widząc to tez się
uśmiechnęła i zapytała już ze spokojem:
- Jesteś cały?
- Nic mi nie jest – odpowiedział i otworzył oczy.
Wolno doszedł do nich ten, któremu udało się zeskoczyć. przyprowadził
swój rower.
- Niech umrze... - powiedział i wyjątkowo śmiało się przedstawił –
jestem Tomek.
- Ewelina – odpowiedziała i podała mu dłoń.
- Ten, który leży to Michał.
- Miło mi bardzo – powiedział i po powstaniu z ziemi uśmiechną się do
niej.
Ewelina była wciąż zaskoczona całą sytuacją ale było po niej widać, że
zachwyt był większy od zaskoczenia.
- Idziesz do szkoły? - zapytał Michał.
- Nie wiem – odpowiedziała nie wiedząc co może zrobić.
- Chodź z nami – zaproponował szybko Tomek.
Nie miała nic do stracenia, a wiedziała, że na pewno zyska. Było w nich
tyle kolorów. Kolory to przecież magia, a magia może wszystko.
- A gdzie idziecie? - zapytała.
Tomek spojrzał na Michała, a ten rozglądnął się wokół i wystawiając
wskazujący palec powiedział:
- Tam.
Jego palec nie wskazywał nic konkretnego. Po prostu kierunek.
- Więc chodźmy – powiedziała.
Ta decyzja była dla niej wyjątkowa. Nigdy wcześniej nie zrobiłaby
czegoś takiego, ale cały ten dzień był wyjątkowy – taki kolorowy.
Michał podniósł swój rower i ruszyli we wskazanym kierunku.
- To co zrobiliście było niezwykłe. Kiedy was zobaczyłam, napełniłam
się chęcią do życia, której już jakiś czas mi brakowało.
- Dziwne, że to mówisz. Wszyscy inni na pewno uznali nas za
nienormalnych. - odpowiedział Michał.
- Nie powiedziałam, że ja was za takich nie uznałam.
- Ale twoje określenie “nienormalny” ma pozytywne zabarwienie. Wiesz po
co to robiliśmy?
- Pojęcia nie mam. - przyznała.
- Ja tez do końca nie wiem po co. Ale to, że się tym zachwyciłaś stało
się już po fakcie ukrytym dla nas i nie znanym wcześniej celem. To, że
ci się to podobało utwierdziło nas w przekonaniu, że było to potrzebne.
Nie każdy odebrał to tak jak ty. Ty również, tak jak my jesteś
nienormalna.
Ewelina zaskoczyła się sama, że uznała coś takiego za komplement.
Zrozumiała dlaczego tak szybko podświadomie zaufała im – byli tacy jak
ona i pomogli jej troszkę się odkryć przed sobą.
- Popatrz, tam jest rondo! - zawołał niespodziewanie Tomek.
- Super! - wykrzyknął Michał, po czym obaj wskoczyli na rowery i
pojechali w jego kierunku.
Ewelina przyspieszyła, bo wiedziała, że to co ich tak ucieszyło również
będzie warte uwagi. Na rondzie nie było zbyt dużego ruchu. Z łatwością
wjechali na trawę rosnącą po jego środku. Zeskoczyli z rowerów i
pozostawili je tam. Potem powrócili do Eweliny i jakby nigdy nic wciąż
szli we wskazanym wcześniej kierunku.
- Pamiętaj, żeby wracać tą samą drogą. - polecił Tomek.
Michał nie odpowiedział. Zauważył ściskany w dłoni Eweliny bursztyn.
- Spójrz – zwrócił się do Tomka – ona ma bursztyn przynoszący
szczęście. Może nam też przyniesie.
Ewelina ucieszyła się, że nie tylko ona wierzy w takie rzeczy. Jej
niepewność i zaskoczenie wzrosło tak bardzo, że wreszcie zapytała:
- Dlaczego zostawiliście rowery na środku ronda?
- Właśnie dlatego – uśmiechnął się Michał – podobnie jak ty, inni też
się będą nad tym zastanawiać. Myślenie o czymś co wydaje się być
bezsensowne i nienormalne zawsze wzbudza marzenia. Czyż nie był to więc
dobry uczynek? Ludzie bez marzeń są nic nie warci. Są tacy, jakby nic w
środku nie mieli, prócz świadomości, ze czas ucieka. A czas nie ucieka.
On płynie. Masz jakieś marzenia?
- No pewnie! Chciałabym malować obrazy kolorami, których jeszcze nie
ma, bo jeszcze nikt ich nie wymyślił ani nie widział... kolory to
magia, a magia może wszystko.
- Wspaniałe marzenie. Na pewno się spełni. Obiecuję ci. Moim marzeniem
jest rozpłynąć sie w powietrzu i jestem przekonany, że uda mi się je
spełnić dzisiaj.
- Tego chciałeś dokonać jadąc na rowerze?
- Nie. Wtedy byłem przekonany, że pofrunę. Zawiodłem się. - roześmiał
się z siebie.
- Jesteś nienormalny.
- Dziękuję. Ty też.
Po raz drugi w życiu uznała to za komplement. Widziała, że Michał, a
może i Tomek widzą w nienormalności sens swojego życia i chciała
również taki znaleźć dla siebie, nie koniecznie w tym samym, ale
chciała mieć sens. Odkrywała, że w niej samej jest więcej kolorów niż
się spodziewała. Doszli na most. Był to zwyczajny metalowy most dla
samochodów i pieszych rozciągnięty nad niewielką rzeczką wypływająca z
miasta i dziwnie zakręcającą na jego obrzeżach.
- Fajne jest to miejsce – zachwycił sie Michał.
- Bardzo ci się podoba? - zapytał Tomek.
- Bardzo. - odpowiedział.
- No to pójdę kupić frytki. - oznajmił Tomek i skierował się z powrotem
do miasta.
- Kup dla siebie i dla niej – rzucił za oddalającym się kolegą Michał.
Kiedy Tomek się już całkiem oddalił, Michał usiadł na barierce mostu i
zwrócił się do Eweliny:
- Te kolory, którymi chciałabyś malować możesz zauważyć tylko w
sytuacjach, które zdarzą się raz i nigdy więcej się nie powtórzą.
Niestety bardzo trudno jest wiedzieć które to są. Ty jesteś osobą,
która nie powinna czegoś takiego przeoczyć. A już na pewno nie
przeoczysz wszystkich. Nie będzie ich wiele. Pamiętasz moje marzenie?
- Chcesz rozpłynąć się w powietrzu. I to jeszcze dzisiaj, prawda?
- Tak. Wierzysz, że może mi się udać?
- Chyba wierzę.
Michał postawił stopy na barierce i wstał. Patrzył na Ewelinę.
- Musisz wierzyć w spełnienie marzeń.
Pochylił się do tyłu i lekko rozłożył ręce. Ewelina nie wiedziała co
robić. Patrzyła tylko na niego. On powoli zaczął się rozpływać w
powietrzu. Jego ciało zjednoczyło sie z przestrzenią i z ich połączenia
zrodziła się mgła o bardzo wielu kolorach. Ewelina obserwowała te
kolory uważnie. Kolory to magia, a magia może wszystko. Fascynowały ją.
Było ich tak wiele, że tylu nie spotyka się w dzisiejszym świecie,
który jest głównie szary. Kolorowa mgła spadała coraz niżej. Ewelina
przysunęła sie do barierki aby jak najdłużej widzieć to cudowne
zjawisko. Kiedy jednak pierwsza smuga dotknęła wody, cała mgła się
skupiła i jak kamień z pluskiem zatonęła. Ewelina zbiegła szybko na
dół. Zauważyła zanurzonego w wodzie Michała, więc wbiegła do rzeki.
Woda sięgała tylko do kolan. Chwyciła go za rękę i z wielkim trudem
przyciągnęła go na brzeg. On zakaszlał, uśmiechnął się i powiedział:
- Żebro wbiło mi się w serce.
Ewelina wiedziała, ze to nie żart, bo wyglądał na umierającego. Po
chwili zrobił się zbyt słaby aby powiedzieć cokolwiek więcej. Ona
usiadła obok niego na piętach, chwyciła jego dłoń i włożyła do niej
swój bursztyn. Ściskała go wraz z nim aż jego dłoń zrobiła się tak
zimna jak woda, od której byli mokrzy, a z jego twarzy zniknęły
wszystkie kolory świadczące o jego nienormalności. Kiedy wiedziała, że
już nie żyje, odłożyła jego dłoń. Tuż obok niej znalazła wyrzucony
przez wodę pędzel. Wzięła go ze sobą i wróciła na most. Opierając się o
barierkę patrzyła na pędzel i nie myślała o niczym. Za jakiś czas
przyszedł Tomek z frytkami. Zauważył Michała na brzegu i po chwili
milczenia dał frytki Ewelinie.
- Masz pędzel – zauważył – teraz możesz malować swoje kolory.
- Chyba jeden z nich widziałam, kiedy on rozpływał się w powietrzu. Od
dawna go znałeś?
- Od rana. - Tomek się uśmiechnął – Chodźmy po rowery – dodał po chwili.
Idąc Ewelina zamyśliła się.
- Wiesz... to, że nienormalność budzi w ludziach niechęć i pukanie się
w głowę sprawia, że nie chcemy być nienormalni. Ja jednak wierzę, ze
ludzi takich jak my jest więcej i że oni wszyscy będą spełniać się w
nienormalności dla samych siebie – nie dla innych. Kiedyś cały świat
uzna, że lepiej być nienormalnym niż szarym, pustym w środku, bez
wyrazu i marzeń. Kiedyś będziemy dumni z tego, że jest w nas tyle
kolorów. Będziemy dumni z tego, że jesteśmy nienormalni. Właściwie to
już jesteśmy z tego dumni, prawda?
Odwróciła się w stronę Tomka, lecz jego już tam nie było. Spojrzała
przed siebie. Na rondzie nie było już rowerów. Został jej tylko pędzel
i
marzenia...