DUSZE WARIATÓW

(20-23.09.2003)






Sprawiedliwość swe początki zazwyczaj ma w niesprawiedliwości, miłość w nienawiści, przyjaźń we wrogości, a mądrość, w odróżnieniu od tych, w odrzuceniu.
Te mądrość zbierała pewna szkoła leżąca na skraju niesprawiedliwości. Uczyli się w niej wszyscy odrzuceni, przez innych określani jako przez świat pokrzywdzeni. Żyjący na przełomie rozpaczy i załamania. Jedni wtrąceni tam z własnej woli, inni z potrzeby a jeszcze inni przez pomyłkę. Schizofrenicy i ci, którzy odkryli w sobie cos co pozwalało im oderwać się od rzeczywistości. Oderwać i odejść w niezbadane obszary wyobraźni. A wyobraźnię jak na nastolatków mieli nader rozwinięta. Każdy dzień zaczynał się podobnie. Ci sami ludzie, te same osoby, tacy sami uczniowie i wciąż ci sami nauczyciele. Ta sama Joanna wchodząca po schodach i ten sam Zbysio nachalnie się w nią po drodze wpatrujący. Joanna zakrywa oczy rękoma, jak gdyby myślał, że poprzez ten gest uchroni się od wzroku Zbyszka i wbiega po schodach, aż pod drzwi klasy. Kidy przychodzi profesorka, Joanna czuje się bezpiecznie.
- Pani profesor! Jacek znowu umarł – dało się słyszeć jakiś głos.
- Zostaw go i wchodź na lekcję!
Odpowiedziała profesorka. Jacek tymczasem leciał nad korytarzem patrząc na wchodząca klasą. Dobrze mu było w powietrzu, nie chciał wracać do siebie – do tego co leżało pod drzwiami klasy. To było tylko ciało, nic nieznaczące, będące przeszkodą w prawdziwej wolności. Ciało, które zostało przez świat pokrzywdzone i odrzucone. W rzeczywistości było to ciało noszące dusze o niezwykłych umiejętnościach – potrafiła latać.
Dusza sama w sobie nie jest ciężka, chyba że się myśli o czymś złym. W czasie tych samych lekcji, ci sami uczniowie w towarzystwie tych samych nauczycieli myśleli wciąż o tych samych sprawach. Ten sam Zbyszek myślał o tej samej Joannie, a ona tak samo jak na każdej lekcji myślała jak się pozbyć się tego samego wzroku. Myśli i serce Zbyszka ogarnięte uczuciem nie były wrażliwe na uczucia innych, nie mogły zrozumieć, że ktoś może nie kochać skoro on kocha. Jacek po powstaniu z ziemi czuł się jak po dłuższym odpoczynku. Czuł się wyjątkowo wolny i niezależny. Każde opuszczenie ciała uświadamiało go, że nic go tu nie trzyma. Nic oprócz jednego. Jego płytkie serce miało identyczny, a nawet ten sam kłopot co serce Zbyszka. Było bezpodstawnie zauroczone w Joannie. Ale z takim samym odwzajemnieniem. Aśka miała ambicje związane ze swoja przyszłością i ze swym partnerem. Jej druga połowa powinna być normalna. Sama za taka właśnie się uważała, właściwie każdy za takiego uznawał siebie. Niestety wszyscy się mylili, wszyscy byli wyjątkowi. Wyjątkowość ich polegała na mądrości, a mądrość przejawiała się między innymi tym, że coraz głąbiej zastanawiali się po co właściwie uczyć wariatów? Czy szkoła do jakiej uczęszczali miała jakikolwiek sens? Bo przecież mogli dać po izolatce dla każdego. I tylko te pytania mogły wymyślić ich małe główki. Te same główki, w których powstały wielki marzenia o lataniu, wielkiej miłości i o przyszłości. Otwarta szkoła pozwalała wariatom stykać się z normalnymi ludźmi w drodze do niej i w czasie powrotu do domu. Niby krótki czas ale i tak wystarczał na nacieszenie się widokiem pięknego świata i na spełnienie marzeń należących do niektórych dziewczyn. Idąc sobie spokojnie do szkoły Joanna została poderwana przez normalnego chłopaka. Było to doświadczenie nowe i jednocześnie oczekiwane. Budzące w małym ciele z równie wielka duszą ogromna radość. Z taką radością wchodząc do szkoły można robić różne głupstwa. Głupstwa jakich inni nawet nie spodziewają się. Jak zwykle Zbyszek opętany pewną siła zwana Mlazem znowu wpatrywał się w Joannę. Ona z uśmiechem popatrzyła mu w oczy i czule pocałowała w sam środek ust. Zbyszek znieruchomiał i padł na ziemię, Mina Joanny zaczęła się zachmurzać. To znaczy wciąż była pogodna tylko gorzej. Powoli uświadamiała sobie co zrobiła. Uświadamiła sobie , że zabiła. Wiedziała, że musi coś z tym zrobić. Z tym – z trupem, ze zwłokami, z martwym ciałem, które pozbawiło się życia przez spełnienie swego największego pragnienia. Nie może tu leżeć. Ktoś zobaczy. Tylko co z nim zrobić? Przed szkołą jest zabytkowa studnia. W studni nie ma wody. Joanna zaciągnęła ciało Zbyszka pod studnię. Zarzuciła jego ręce na brzeg, potem podnosząc nogi wrzuciła go w otchłań bez wody. Potem usiadła obok ściany szkoły i zaczęła płakać. Płakała nad morderstwem, które okazało się być nie spełnione. Zbyszek przebudził się po upadku i pokrzepiony spełnianiem się jego miłości wspinał się po mokrych ścianach studni. Na lekcji z najbardziej lubianym profesorem Jacek tez miał okazje się wykazać. Profesor zaniepokojony brakiem dwojga uczniów poprosił Jacka aby sprawdził co dzieje się z tamtą dwójka. Jacek umarł. Opuścił swe ciało i poszybował. Cieszył się z tego, że jego zdolność wreszcie na coś się przydała jak również z tego, że szukaną osoba jest ta, o której w sennych marzeniach myślał i dla której oddać mógł nawet przekonanie. Jakże zacisnęło się jego serce kiedy zauważył Joannę szlochającą przy ścianie. Patrzył z góry i żal jego powiększył się z powodu współczucia. Tak bardzo chciałby ją pocieszyć. Być blisko. Być z nią. Może w niej, aby tylko bardziej ją zrozumieć. Zbliżał się nie będąc świadomy tego co może uczynić. Chciał jej ból przejąć na siebie. Dusza Jacka weszła w ciało Joanny wypychając jej dusze na zewnątrz. Zbyszek będąc już na szczycie puścił się i spadł czując, że w taki sposób może być bliżej swej ukochanej. Ich dusze wpatrują się na siebie nie mogąc znaleźć powodu. Powodu? Powodu czego? Nic nie znaczące ciało Jacka umarło, przestało funkcjonować podobnie jak ciało Joanny, będące nieudolnie kierowane poprzez kogoś innego. Te same ciała i te same dusze stały się czymś innym.